Chas nieszczególnie interesuje się polityką. Nie, inaczej... Chas nieszczególnie interesowała się polityką... kiedyś. Teraz ją to wciągnęło. Ciekawe dlaczego, co nie? Człowiek starszy, pracuje, podatki płaci, jakieś prawa i obowiązki ma... w sumie całkiem ich dużo, to znaczy tych obowiązków względem państwa, nie praw. Jedyne, do czego Chas ma prawo, to dawać się okradać państwu, a przede wszystkim politykom.
Tak czy inaczej, Chas nie szczególnie cieszy się, gdy myśli o polityce. I na tym zakończmy wstęp. Lećmy dalej.
Nie ważne jaka partia w Polsce rządzi: PO, Pis, Nowoczesna, Kukiz, czy cała ta reszta badziewia, i tak wszystko wygląda i będzie wyglądać tak samo. Jedna wielka zgraja złodziei. Wszyscy oni pracujący dla dobra, szkoda tylko, że nie Polaków, a jakichś idiotów, którzy tak na prawdę trzymają w swoich dłoniach władzę nad światem.
I co tu się dziwić. Światem od zawsze rządziły pieniądze, a akurat mieszkańcy naszego kraju do szczególnie bogatych nie należą, więc też i ich głos szczególnie słyszalny nie jest.
Prawdę napisała Chas?
Tak?
A gówno prawda.
Takie myślenie właśnie tkwi w naszych mózgach. Jesteśmy tylko zwykłym pospólstwem, nie z naszymi głowami w politykę się mieszać, nie nam myśleć samodzielnie. Nie nam przeciwstawiać się tym, którzy uważają nas za odpadki, z których należy wydobyć co się da, a resztę kopnąć w kąt, żeby się pod nogami nie plątała.
A jak już rzeczywiście coś się w Polakach budzi, jak coś się dzieje, coś zaczyna przeświecać przez ciężkie, ciemne chmury ignorancji, to co się wtedy dzieje? Zaraz jakaś afera na niższym szczeblu się znajdzie. Ktoś podłoży głowę pod "topór", ale to przecież mało ważny polityczyna, więc co tam... A nawet jak ucierpi ktoś z wyższego szczebla, to też machnie się ręką... Bo polityka to wojna, a na wojnie trzeba przygotować się na straty. Ewentualnie można też kłamać ludziom w żywe oczy, że jest inaczej niż jest, i że będzie dobrze, choć dobrze nie będzie. Że Polska rośnie w siłę, choć coraz mocniej ugina się pod naporem wschodu, zachodu i Ameryki.
Dajmy ludziom 500+, co z tego, że się przez to bardziej zadłużymy w Banku Światowym, który w jednej chwili może doprowadzić nasz kraj do bankructwa.
Nie przyjmujemy "uchodźców"... Te kilka-kilkanaście tysięcy, które już są w naszym kraju? To nie prawda! My nie wpuścimy... Co z tego, że Węgry zaczynają powoli przestawać się bronić przed UE... My nigdy się nie ugniemy... Nigdy... No, może... kiedyś... Ale nie teraz... W sumie to... "Uchodźcy"... Co może być z nimi nie tak...
I te ciągłe podwyżki, kolejne durne podatki... Kurczę! Dlaczego o tym nikt nie pisze, nie mówi, tylko po cichu są wprowadzane? Kolejne podatki! Chas nie pojmuje tego! Dlaczego aż tyle się zwykłemu, polskiemu pracownikowi zabiera! Na co to komu?!
Na naprawę dróg? Na poprawę edukacji? Albo te wpłaty dla NFZ... KPINA! W rodzinnej wsi Chas od kilkunastu lat nie naprawili choćby metra drogi, kierowcy tam mieszkający notorycznie muszą wymieniać amortyzatory i opony. Gdzie są te podatki? W szkole uczą tylko rozwiązywać testy, myśleć zgodnie z kluczami i formują dzieci na przyszłe roboty do bezmyślnego wykonywania swoich obowiązków. Do tego indoktrynacja na każdym kroku! Gdzie są te podatki?!
NFZ? Płacisz najpierw w podatkach na to, aby się jełopy zasrane za darmo uczyły, potem płacisz co miesiąc składkę zdrowotną, żeby cię te jełopy przyjęli z łaski swojej w gabinecie, a na koniec i tak albo idziesz prywatnie, bo na NFZ to ci APAP najwyżej przepiszą, jak cię wyrostek robaczkowy boli. Tak, Chas jest świadoma tego, że APAP jest bez recepty. Ewentualnie jeszcze patrzysz, jak kretyn jeden z drugim wyjeżdża za granicę, żeby sobie lepiej pożyć. ZA NASZĄ KASĘ SIĘ, DEBILU, KSZTAŁCIŁEŚ! Masz obowiązek teraz siedzieć na dupie przez te minimum 10 lat w Polsce i nas porządnie leczyć za to, co dostaniesz z NFZ, kretynie! I nie pieprz tu Chasdiji, jeden z drugim, że to wszystko co się tak niedawno wyprawiało, to było z myślą o pacjentach. Wielki, kurwa, śmiech na sali!!!
Ech... Się Chas nieźle ciśnienie podniosło.
Wracają jednak do tematu... W sumie to już kończąc go.
Ostatnio wprowadzili (albo mają wprowadzić lada dzień) kolejny podatek, nowy podatek od deszczu. FACEPALM na całego... Od deszczu! Jak? W jaki sposób? Jakim cudem? Że niby mamy płacić za to, że deszcz na nas pada?! Chas dobrze wie, że to inaczej, tak ładniej, mądrzej ujęte jest, ale o to chyba właśnie chodzi. Jakby to od nas zależało kiedy pada, ile pada i co pada. I tak się płaci za utrzymywanie wodociągów i kanałów ściekowych, więc... nie ogarnia Chas po porostu. To przypomina ona jeszcze naszym kochanym politykom, że jest coś takiego jak powietrze... I to jeszcze nieopodatkowane powietrze... Powinniście się nad tym zastanowić.
A wiecie co jest w tym wszystkim najgorsze?
Jak Chas sobie ostatnio z tatą przez telefon rozmawiała i akurat coś zeszło na temat właśnie tego podatku. Chas, jak to Chas, która z opóźnieniem przechodzi swój okres buntu, mówi, że jak coś, to sobie mogą ją w tyłek pocałować, po nic płacić leniom patentowanym i kretynom nie będzie. A co na to jej tata? "A... To w sumie tylko kilka złotych będzie...Nic się nawet nie odczuje".
Tak... Dajmy się dalej doić tym popaprańcom w "białych kołnierzykach".
Nic tylko przyklasnąć i uderzyć głową w głuchy, tępy mur.
poniedziałek, 22 stycznia 2018
poniedziałek, 9 maja 2016
Ach, jak to boli...
Jest poniedziałek, godzina 18:33... Zaczynam pisać tego posta. I jest mi bardzo smutno...
Wiecie dlaczego? Nie?
Bo muszę iść do pracy na noc. Ta... Zajebista sprawa, zwłaszcza, jeśli wstało się dziś o piątej rano. To na prawdę boli. Za godzinę trzeba zacząć się szykować... A potem, jak to zawsze mówimy: osiem godzin i do domu.
I chust, że zaczyna brać mnie mulenie, oczy jakby same się zamykały, a i jakoś umysł nie bardzo już wierzy w cudowną moc kawy. To przecież tylko osiem godzin! A potem powrót do mieszkania, do ciepłego łóżeczka, do snu... który, znając moje możliwości, będzie trwał jakieś cztery godziny. I tak z każdym dniem będzie coraz gorzej.
W piątkowe noce po hali nie chodzą żadni pracownicy, tylko zombie. Czas wtedy jakby nagle się zatrzymał... O czwartej patrzysz na zegarek, a tam 02:00. Dobra... Są też plusy trzeciej zmiany. Nie ma kierownika! Można puścić muzykę na komputerze i nikt nie warczy, żeby ją wyłączyć, bo się zaraz pan N doczepi. Nie trzeba też wszystkiego od razu sprzątać, bo pan Aparat zaraz zdjęcie walnie i prześle ludziom z wyższych szczebli, z dopiskiem: "Syf i kiła na montażu". Ogólnie jest luz. Wszyscy patrzą tylko na to, by zrobić normę, a reszta idzie w całkowitą odstawkę. Niby fajnie, ale to staje się niczym, gdy w głowie słychać mantrę swego mózgu: spać... spać... ciepła kołderka... wygodne łóżeczko... spać... spać...
I to przez 5 dni! Całe pięć dni!
Dobra nowina, że już niedługo wchodzimy w nasz ulubiony system pracy, nazywany przez nas "Poniedziałek, środa, piątek", nazywany przez kierownictwo "zrównoważonym systemem pracy", a potocznie nazywanym czterobrygadówką. Czytajcie: 3 dni po 12h i 3 dni wolnego. W sumie po trzech dniach na rano, są aż cztery dni laby. Sprawa super, bo więcej wolnych dni (godzinowo wychodzi mniej więcej tak samo jak w normalnym systemie pracy), więcej kasy i... w sumie to są te dwa podstawowe plusy, które nam wszystkim stanowczo wystarczą.
W ogóle, to tak spojrzeć na to wszystko, wbrew wszelkim plotkom, praca na produkcji nie jest zła. I przy normalnym nakładzie pracy zarabia się więcej niż niejeden urzędnik za biurkiem.
Tylko jest taki szkopuł... PO CO, DO CHOLERY, ROBIŁAM MAGISTERKĘ!
A... Już wiem... Jeszcze dwa latka pracy i będę miała całe 26 dni urlopu na rok w moim kochanym zakładzie. No i jak mnie wyleją, to zawsze mogę zacząć pracować w swoim zawodzie, gdzie miejsce dla mnie jest, tylko nie spieszy mi się do niego, bo tam nie ma bata, że zarobię 3tys. A tutaj? Na czterobrygadówce jest to bardzo możliwe do osiągnięcia.
Ale, pomijając już wszystko... żeby nie było tak pięknie, to nadal nie chcę mi się iść dziś do pracy!
Swoją drogą, na popołudnie też chodzić nie lubię, bo cały dzień zmarnowany (od rana nic nie zrobisz, bo zaraz do pracy szykować się trzeba, a jak wrócisz, to jest 22.30 i raczej niczego nie załatwisz). Na rano to już w ogóle, bo wstawanie o 4.00 nie jest czymś, co Chasdija uwielbia.
Wygląda na to, że nie ma dobrego czasu na to, by odbębnić swoje 8h.
Tak czy inaczej, jest aktualnie godzina 18:52, więc czas zrobić sobie kawkę, włączyć radio, zapalić papieroska i skorzystać z ostatniej chwili błogiego weekendu :)
Pozdrawiam wszystkich.
Całuski i papa :)
Wiecie dlaczego? Nie?
Bo muszę iść do pracy na noc. Ta... Zajebista sprawa, zwłaszcza, jeśli wstało się dziś o piątej rano. To na prawdę boli. Za godzinę trzeba zacząć się szykować... A potem, jak to zawsze mówimy: osiem godzin i do domu.
I chust, że zaczyna brać mnie mulenie, oczy jakby same się zamykały, a i jakoś umysł nie bardzo już wierzy w cudowną moc kawy. To przecież tylko osiem godzin! A potem powrót do mieszkania, do ciepłego łóżeczka, do snu... który, znając moje możliwości, będzie trwał jakieś cztery godziny. I tak z każdym dniem będzie coraz gorzej.
W piątkowe noce po hali nie chodzą żadni pracownicy, tylko zombie. Czas wtedy jakby nagle się zatrzymał... O czwartej patrzysz na zegarek, a tam 02:00. Dobra... Są też plusy trzeciej zmiany. Nie ma kierownika! Można puścić muzykę na komputerze i nikt nie warczy, żeby ją wyłączyć, bo się zaraz pan N doczepi. Nie trzeba też wszystkiego od razu sprzątać, bo pan Aparat zaraz zdjęcie walnie i prześle ludziom z wyższych szczebli, z dopiskiem: "Syf i kiła na montażu". Ogólnie jest luz. Wszyscy patrzą tylko na to, by zrobić normę, a reszta idzie w całkowitą odstawkę. Niby fajnie, ale to staje się niczym, gdy w głowie słychać mantrę swego mózgu: spać... spać... ciepła kołderka... wygodne łóżeczko... spać... spać...
I to przez 5 dni! Całe pięć dni!
Dobra nowina, że już niedługo wchodzimy w nasz ulubiony system pracy, nazywany przez nas "Poniedziałek, środa, piątek", nazywany przez kierownictwo "zrównoważonym systemem pracy", a potocznie nazywanym czterobrygadówką. Czytajcie: 3 dni po 12h i 3 dni wolnego. W sumie po trzech dniach na rano, są aż cztery dni laby. Sprawa super, bo więcej wolnych dni (godzinowo wychodzi mniej więcej tak samo jak w normalnym systemie pracy), więcej kasy i... w sumie to są te dwa podstawowe plusy, które nam wszystkim stanowczo wystarczą.
W ogóle, to tak spojrzeć na to wszystko, wbrew wszelkim plotkom, praca na produkcji nie jest zła. I przy normalnym nakładzie pracy zarabia się więcej niż niejeden urzędnik za biurkiem.
Tylko jest taki szkopuł... PO CO, DO CHOLERY, ROBIŁAM MAGISTERKĘ!
A... Już wiem... Jeszcze dwa latka pracy i będę miała całe 26 dni urlopu na rok w moim kochanym zakładzie. No i jak mnie wyleją, to zawsze mogę zacząć pracować w swoim zawodzie, gdzie miejsce dla mnie jest, tylko nie spieszy mi się do niego, bo tam nie ma bata, że zarobię 3tys. A tutaj? Na czterobrygadówce jest to bardzo możliwe do osiągnięcia.
Ale, pomijając już wszystko... żeby nie było tak pięknie, to nadal nie chcę mi się iść dziś do pracy!
Swoją drogą, na popołudnie też chodzić nie lubię, bo cały dzień zmarnowany (od rana nic nie zrobisz, bo zaraz do pracy szykować się trzeba, a jak wrócisz, to jest 22.30 i raczej niczego nie załatwisz). Na rano to już w ogóle, bo wstawanie o 4.00 nie jest czymś, co Chasdija uwielbia.
Wygląda na to, że nie ma dobrego czasu na to, by odbębnić swoje 8h.
Tak czy inaczej, jest aktualnie godzina 18:52, więc czas zrobić sobie kawkę, włączyć radio, zapalić papieroska i skorzystać z ostatniej chwili błogiego weekendu :)
Pozdrawiam wszystkich.
Całuski i papa :)
piątek, 5 kwietnia 2013
Porządek w pokoju
Czy wy też tak macie, że pewnego pięknego, sobotniego dnia, wstajecie z rańca i nagle wali w was takie głupie uczucie, które nie chce was opuścić, choć pragniecie wszelkimi siłami je od siebie odtrącić. Mowa o... posprzątaniu w końcu tego swojego burdelu (o pokój chodzi oczywiście). Ostatecznie więc, po długiej i jakże krwawej bitwie z tą przerażającą chęcią poskromienia bałaganu, bierzecie się za tą robotę.
Po kilku-kilkunastu-kilkudziesięciu (zależy od tego, jak zapuściliśmy nasz pokój) godzinach mordęgi przy szmacie, wszelkiego rodzaju pastach i spreyach do czyszczenia powierzchni gładkich, chropowatych i tych, których nazwy jeszcze nie wymyślono oraz odkurzaczu, padacie wyczerpani, acz szczęśliwi i dumni ze swojej roboty. Wszystko lśni jak psu... jak... słońce w środku lata, pachnie jak łąka w górach o świcie i ogólnie rzecz ujmując, gdyby w tym momencie wpadła do was perfekcyjna pani domu, dała by wam koronę dla najlepszej pani domu i przewieszkę z papieru toaletowego, a wy byście się cieszyli i płakali, jakbyście co najmniej pół miliona złotych wygrali i drugie życie gratis (i między innymi przez to, omijam ten program szerokim łukiem). Siadacie więc na fotelu, łóżku, kanapie, krześle czy co wy tam w tych swoich pokojach macie, otwieracie książkę by sobie poczytać, włączacie kompa by sobie pograć, ewentualnie idziecie się zdrzemnąć i powtarzacie sobie, że od tego właśnie momentu będziecie dbali o czystość i porządek, by przez najbliższy tydzień nie zapuścić pokoju do pierwotnego stanu, a jak nam wszystkim wiadomo, na początku był chaos. I nawet wam nieźle początkowo idzie... początkowo, to znaczy przez pierwszą godzinę. Jesteście z siebie dumni, wypinacie pierś do przodu i zastanawiacie się, czy aby nie strzelić fotki swojego małego królestwa i na fb nie wysłać (bo tam to wszystko można wstawiać, włącznie ze zdjęciem swojej rozszarpanej skarpetki noszonej przez nas przez ostatni miesiąc)... I do końca dnia (a długo tego nie zostało, bo sprzątanie było długie, żmudne i męczące) na prawdę jest czysto i wszystko ok.
I tu by można było zakończyć, ale w tym momencie wychodzi całe sedno sprawy.
Otóż po dwóch dniach, tuż po waszym powrocie ze szkoły, uczelni, pracy, etc. okazuje się, że co? No? Co się okazuje? Jak myślicie?
Otóż to!
Burdel taki sam jak przed sprzątaniem. Ba! Jeszcze gorszy niż wcześniej. A przecież tak się staraliście... Tak dbaliście o to, by każdy przedmiot odkładać na właściwe miejsce, by wycierać buty, łapcie, skarpetki, itp. przed drzwiami do waszego pokoju (bo hust, że będzie korytarz wyświechtany, grunt, że do pokoju wejdzie się już w czystym obuwiu). Na prawdę robiliście wszystko, by wasza obietnica została dotrzymana.
Ale te dwa dni... Te okropne dwa dni...
Na biurku papiery, książki, resztki po obiedzie, kolacji i śniadaniu (niekoniecznie w tej kolejności), na podłodze ciuchy, które nie nadają się do prania, ale i do szafy szkoda włożyć, żeby czyste nie wchłonęły w siebie tego nieprzyjemnego zapachu, na fotelu szesnaście skarpet i każda z innej pary, na kredensie kurz, choć wycieraliście go przecież ściereczką antykurzową, gdzieś w rogu rozwalony worek ze śmieciami, który nie utrzymał swych wnętrzności...
Musicie to przyznać...
Przegraliście z bałaganem, który niczym zły Lord Vader pokonał to... co pokonywał w kolejnych odcinkach Gwiezdnych Wojen.
Polegliście... POLEGLIŚCIE...
Ale nie martwicie się, bo za kilka dni znów sobota i duże prawdopodobieństwo na to, że znów was najdzie ochota do sprzątania.
I tak w kółko...
Czy wy też tak macie???
Po kilku-kilkunastu-kilkudziesięciu (zależy od tego, jak zapuściliśmy nasz pokój) godzinach mordęgi przy szmacie, wszelkiego rodzaju pastach i spreyach do czyszczenia powierzchni gładkich, chropowatych i tych, których nazwy jeszcze nie wymyślono oraz odkurzaczu, padacie wyczerpani, acz szczęśliwi i dumni ze swojej roboty. Wszystko lśni jak psu... jak... słońce w środku lata, pachnie jak łąka w górach o świcie i ogólnie rzecz ujmując, gdyby w tym momencie wpadła do was perfekcyjna pani domu, dała by wam koronę dla najlepszej pani domu i przewieszkę z papieru toaletowego, a wy byście się cieszyli i płakali, jakbyście co najmniej pół miliona złotych wygrali i drugie życie gratis (i między innymi przez to, omijam ten program szerokim łukiem). Siadacie więc na fotelu, łóżku, kanapie, krześle czy co wy tam w tych swoich pokojach macie, otwieracie książkę by sobie poczytać, włączacie kompa by sobie pograć, ewentualnie idziecie się zdrzemnąć i powtarzacie sobie, że od tego właśnie momentu będziecie dbali o czystość i porządek, by przez najbliższy tydzień nie zapuścić pokoju do pierwotnego stanu, a jak nam wszystkim wiadomo, na początku był chaos. I nawet wam nieźle początkowo idzie... początkowo, to znaczy przez pierwszą godzinę. Jesteście z siebie dumni, wypinacie pierś do przodu i zastanawiacie się, czy aby nie strzelić fotki swojego małego królestwa i na fb nie wysłać (bo tam to wszystko można wstawiać, włącznie ze zdjęciem swojej rozszarpanej skarpetki noszonej przez nas przez ostatni miesiąc)... I do końca dnia (a długo tego nie zostało, bo sprzątanie było długie, żmudne i męczące) na prawdę jest czysto i wszystko ok.
I tu by można było zakończyć, ale w tym momencie wychodzi całe sedno sprawy.
Otóż po dwóch dniach, tuż po waszym powrocie ze szkoły, uczelni, pracy, etc. okazuje się, że co? No? Co się okazuje? Jak myślicie?
Otóż to!
Burdel taki sam jak przed sprzątaniem. Ba! Jeszcze gorszy niż wcześniej. A przecież tak się staraliście... Tak dbaliście o to, by każdy przedmiot odkładać na właściwe miejsce, by wycierać buty, łapcie, skarpetki, itp. przed drzwiami do waszego pokoju (bo hust, że będzie korytarz wyświechtany, grunt, że do pokoju wejdzie się już w czystym obuwiu). Na prawdę robiliście wszystko, by wasza obietnica została dotrzymana.
Ale te dwa dni... Te okropne dwa dni...
Na biurku papiery, książki, resztki po obiedzie, kolacji i śniadaniu (niekoniecznie w tej kolejności), na podłodze ciuchy, które nie nadają się do prania, ale i do szafy szkoda włożyć, żeby czyste nie wchłonęły w siebie tego nieprzyjemnego zapachu, na fotelu szesnaście skarpet i każda z innej pary, na kredensie kurz, choć wycieraliście go przecież ściereczką antykurzową, gdzieś w rogu rozwalony worek ze śmieciami, który nie utrzymał swych wnętrzności...
Musicie to przyznać...
Przegraliście z bałaganem, który niczym zły Lord Vader pokonał to... co pokonywał w kolejnych odcinkach Gwiezdnych Wojen.
Polegliście... POLEGLIŚCIE...
Ale nie martwicie się, bo za kilka dni znów sobota i duże prawdopodobieństwo na to, że znów was najdzie ochota do sprzątania.
I tak w kółko...
Czy wy też tak macie???
sobota, 24 listopada 2012
Ach... Co to był za 11 listopada ;)
Chasdija zastanawia się, dlaczego niektórzy ludzie są tacy niewdzięczni. Nie dość, że nie podziękują, to mają o wszystko do ciebie pretensje.
Ale zacznijmy od początku.
Wieczór... no prawie że już noc dnia 11 listopada 2012 roku. Pogoda całkiem niezła. Trochę kropi, ale ciepło, jak się tak w kurtkę i czapkę człowiek opatuli.
Do Chasdiji przyjeżdża siostra z informacją, że zamierzają dojechać późniejszym wieczorem jej koledzy, których Chasdija nie zna. Chasdija więc ma dość wielkie opory, bo jak to tak? Obcy ludzie? Nie znani? I tak w odwiedziny?
Ale Chasdija nie potrafi odmówić swojej siostrze (o cztery lata młodszej). Więc gdzieś tak około 20.30 robi z nią wymarsz na drogę. Koledzy, a jakże, przyjechali. Wszyscy udali się potem pod remizę w niewielkiej wiosce, gdzieś między Łodzią a Warszawą. Jedyne miejsce, gdzie można się skryć przed kropiącym deszczem, i ciekawskimi spojrzeniami sąsiadów. Oczywiście chłopacy wozili swoje tyłki w aucie, podczas gdy dziewczyny na piechtę dyrdały (ta męska kultura...). I zapowiadało się całkiem fajnie. Zapowiadało się, aż do momentu, gdy koledzy nie otworzyli bagażnika i nie pokazali dziewczyną co mają w środku. Chasdija wiedziała, że będzie się działo... Oj będzie.
Po którejś tam kolejce (Chasdija przestała już liczyć), Chasdija udała się z jednym z kolegów (nazwijmy go Paweł) na spacerek, aby się "odświerzyć". Pozostali, to znaczy trzech kolegów + siostra udali się po prowiant do miasta, bo się okazało, że za mało zaplanowali początkowo.
Dostawa dotarła cała, pozostali dotarli też cali i zdrowi, więc można było poprawić to, czego jeszcze nie dokończyli.Wszyscy byli jeszcze świadomi tego, co czynią (a przynajmniej Chasdija tak uważała). Zabawa się rozkręcała (xD), deski pourywane z jednej z balustrad (Chasdija mówiła, że tak nie wolno, ale kto tam jej słucha),
W między czasie cała gromada zaczęła zastanawiać się, czy w jednym ze starych, opuszczonych budynków znajdujących się kilkanaście metrów od remizy, nie straszy, bo przecież nikogo tam być nie powinno, a jakieś światło ruszało się wewnątrz. Później chłopacy, bardziej odważni po kilku... e... głębszych, tam zajrzeli, ale o tym później ;)
No i jakoś tak zaczęło się zimno robić. Więc wszyscy zapakowali się do samochodu. Pojechali kawałek dalej, z zamiarem wyruszenia do miasta, ale ostatecznie zrezygnowano z tego posunięcia, bo przecież "samochód na... siki nie chodzi". I się nagle Pawłowi tak bardzo ciepło zrobiło i postanowił wyjść z auta i się przewietrzyć. Prawdziwy powód tego poczynania Chasdija zostawi dla siebie. Wszyscy się zgodzili, bo chłopak głowę ma słabą, to i może go bardziej wzięło niż innych.
I sobie tak gromada gada o głupotach, czyli o tym, o czym się gada w takich miejscach, z takimi znajomymi o takiej porze. Minęło 15 minut - Pawła nie ma. Chasdija pyta się, czy aby Nie wyjść do Pawła, bo taki sam tam siedzi... albo stoi. Wszyscy mówią, że nie, jak przemarznie do wróci, i takie tam. Minęło jednak pół godziny a Pawła nadal nie ma. Więc zgrupowanie postanowiło jednak opuścić ciepłe miejsce w samochodzie, by sprać głowę chłopakowi, że nie daje znaków życia. Wychodzą więc, rozglądają się... Pawła nie ma. Zaczynają go wołać... Najpierw cicho, potem coraz głośniej... A Pawła nadal nie było. Więc w oczach wszystkich (oczywiście prócz Pawła) zapanował strach. I się zaczęło...
Najpierw cała zgraja obszukała najbliższą odległość. Nie znaleźli jednak zguby. Panika jeszcze większa, bo nieopodal kilka ładnych stawów się znajduję, co to można sobie w nich popływać, albo się utopić. Ale doszli do wniosku, że bez sensu tak całą piątką chodzić, bo się nie wiele miejsc sprawdzi. Więc się ludzie rozdzielają. I to w jaki sposób! Chłopacy razem, a dwie, biedne dziewczynki razem. W tamtej chwili dziewczyny nie widziały w tym nic złego. Dopiero potem złorzeczyły na męską część grupy. Ale o tym też trochę później.
Po godzinie (o ile Chasdija się nie myli, było coś około pierwszej w nocy) wszyscy zgadują się przy przystanku, by pomyśleć nad tym, co dalej, bo nikt Pawła nie odnalazł. Po krótkiej wymianie zdań, do dzieła wchodzą telefony, nawołując bliższych i dalszych kolegów, którzy musieli zerwać się z ciepłego wyrka i jechać 20 km, bo się biedny Pawełek zgubił. Po jakimś czasie gromada rozrosła się do 10 osób. I znów podział na mniejsze grupki i znów dziewczyny pozostały we dwie, same.
Jedna grupa poszła powydzierać się nad stawami, druga w park (gdzie jeden z chłopaków sobie portki o chaszcze podarł, a drugi zmoczył w błocie buty), trzecia wyruszyła w stronę lasu (alkohol dał im odwagi, bo, jak potem mówili, o pierwszej w nocy na trzeźwo to by się w takie miejsce nigdy nie puścili). Czwarta poszła w stronę tego nawiedzonego budynku. Obeszli go dookoła. Światło nadal się paliło. Myśleli, że to zguba się odnalazła i zaczęli go nawoływać (zapomnieli o wcześniejszym zastanawianiu się nad tym, czy aby tam jakieś duchy nie mieszkają). Światło, jakby wydawane jakąś lampką, to unosiło się nieomal pod sam sufi, to opadało do samej podłogi, nie wydając żadnego hałasu. To znów zaczęło kołować i bujać się w obie strony. W końcu chłopcy troszkę oprzytomnieli, przypomnieli sobie o rozmowach w sprawie nawiedzenia i szybko się stamtąd zmyli.
Piąta grupa, w składzie Chasdija i jej siostra, wyruszyli drogą w stronę miasta. Idą tak i idą, wydzierając się, nawołując Pawła, jednocześnie na niego złorzecząc. I tak przeszli kilka kilometrów. Aż nagle Chasdija usłyszała tajemnicze kasłanie. Panika pojawiła się w oczach dziewczyn. Ciemność, wieś i zero domów dookoła. Wiadomo z czym to się kojarzy. Zrobiły więc nawrót na pięcie, wracając prawie że biegiem do pozostałych. Siostra zaczyna dzwonić do jednego z kolegów. Chasdija słyszy tekst:
"Do cholery jasnej... Gdzie jesteście?... No to ruszcie dupy, bo tu ktoś idzie i kaszle... No skąd, do jasne cholery, mamy wiedzieć?... No żesz kur***! Pospieszcie się!".
Minęło około trzech minut, gdy podjechał samochód. Biedaczki weszły do środka. Szybko jednak doszły do wniosku, by kierowca jechał dalej tą drogą, bo to może Paweł się szlaja.
I tak jak mówiły, Paweł, z kapturem na głowie, wlekąc noga za nogą, człapał w kierunku centrum wioski. Wszyscy wyszli z samochodu, by nawrzeszczeć na chłopaka, który i tak przecież nie wiele z tego zapamiętał. Otoczony przez dwóch chłopaków i dwie dziewczyny, Paweł zaczął powtarzać, że chce wracać do domu i znów kieruje swe kroki w stronę miasta. Chasdija przerażona, chcąc go doprowadzić do jakiej takiej świadomości, popycha go do tyłu, ze słowami: "Ani mi się, do cholery, śnij". Zrobiła to jednak tak nieszczęśliwie, że odpychając chłopaka, odbiła się od niego i wpadła do rowu znajdującego się kilka kroków za nią. Coś jej w kolanie przeskoczyło, tak że nie mogła nawet się ruszyć. Z pomocą męskich dłoni wydostała się jednak i dokuśtykała do samochodu, z którego widziała dalszy rozwój wydarzeń. Podjechał kolejny samochód, który był prowadzony przez brata Pawła. Wepchnięto zgubę do jego środka, wcześniej uparcie odmawiając jej papierosa. Siostra Chasdiji jeszcze nie raz targnęła nim o auto, bo złość musiała się jakoś z jej ciała wydostać.
W końcu jakoś się wszystko ogarnęło. Paweł został odwieziony do domu, pozostali też poodjeżdżali w sobie tylko znanych kierunkach. Tylko jeden z kolegów odwiózł dziewczyny pod dom Chasdiji. Oczywiście Chasdija z łzami z bólu doczołgała się do swego pokoju (znajdującego się na pięterku), gdzie z ulgą zasnęła. A obok niej zasnęła jej siostra... Z nie mniejszą ulgą.
Następnego dnia z łóżek zwlokły się dwa zgony, ledwie utrzymujące się na nogach.
I ta kwestia: "TO BYŁ CZAAAAD".
Takich rzeczy się nie zapomina. Chasdija na pewno nie zapomniała, bo jeszcze do dziś dnia ma spuchnięte kolano.
Ale nie żałuje, bo będzie miała co potem bratankowi opowiadać.
Tyle tylko, że następnego dnia, wieczorem, Paweł przyjechał do Chasdiji i siostry razem z kolegami.I byłoby fajnie, gdyby nie miał wszystkim za złe, że tyle rabanu narobili o nic. I jego mama się o wszystkim dowiedziała i sprała mu głowę... I wszyscy się teraz z niego śmieją. I w ogóle, to niepotrzebnie wszyscy go szukali.
A wszyscy stali, patrzyli się na niego i nie rozumieli. Bo każdy bał się, że coś sobie zrobił, coś mu się stało. I nikt nie mógłby w spokoju zasnąć, wiedząc, że on gdzieś tam włóczy się po obcej dla siebie wsi.
I nie powiedział nawet zwykłego, miłego: "Dziękuję".
Bo ludzie są czasami tak bardzo niewdzięczni.
Ale zacznijmy od początku.
Wieczór... no prawie że już noc dnia 11 listopada 2012 roku. Pogoda całkiem niezła. Trochę kropi, ale ciepło, jak się tak w kurtkę i czapkę człowiek opatuli.
Do Chasdiji przyjeżdża siostra z informacją, że zamierzają dojechać późniejszym wieczorem jej koledzy, których Chasdija nie zna. Chasdija więc ma dość wielkie opory, bo jak to tak? Obcy ludzie? Nie znani? I tak w odwiedziny?
Ale Chasdija nie potrafi odmówić swojej siostrze (o cztery lata młodszej). Więc gdzieś tak około 20.30 robi z nią wymarsz na drogę. Koledzy, a jakże, przyjechali. Wszyscy udali się potem pod remizę w niewielkiej wiosce, gdzieś między Łodzią a Warszawą. Jedyne miejsce, gdzie można się skryć przed kropiącym deszczem, i ciekawskimi spojrzeniami sąsiadów. Oczywiście chłopacy wozili swoje tyłki w aucie, podczas gdy dziewczyny na piechtę dyrdały (ta męska kultura...). I zapowiadało się całkiem fajnie. Zapowiadało się, aż do momentu, gdy koledzy nie otworzyli bagażnika i nie pokazali dziewczyną co mają w środku. Chasdija wiedziała, że będzie się działo... Oj będzie.
Po którejś tam kolejce (Chasdija przestała już liczyć), Chasdija udała się z jednym z kolegów (nazwijmy go Paweł) na spacerek, aby się "odświerzyć". Pozostali, to znaczy trzech kolegów + siostra udali się po prowiant do miasta, bo się okazało, że za mało zaplanowali początkowo.
Dostawa dotarła cała, pozostali dotarli też cali i zdrowi, więc można było poprawić to, czego jeszcze nie dokończyli.Wszyscy byli jeszcze świadomi tego, co czynią (a przynajmniej Chasdija tak uważała). Zabawa się rozkręcała (xD), deski pourywane z jednej z balustrad (Chasdija mówiła, że tak nie wolno, ale kto tam jej słucha),
W między czasie cała gromada zaczęła zastanawiać się, czy w jednym ze starych, opuszczonych budynków znajdujących się kilkanaście metrów od remizy, nie straszy, bo przecież nikogo tam być nie powinno, a jakieś światło ruszało się wewnątrz. Później chłopacy, bardziej odważni po kilku... e... głębszych, tam zajrzeli, ale o tym później ;)
No i jakoś tak zaczęło się zimno robić. Więc wszyscy zapakowali się do samochodu. Pojechali kawałek dalej, z zamiarem wyruszenia do miasta, ale ostatecznie zrezygnowano z tego posunięcia, bo przecież "samochód na... siki nie chodzi". I się nagle Pawłowi tak bardzo ciepło zrobiło i postanowił wyjść z auta i się przewietrzyć. Prawdziwy powód tego poczynania Chasdija zostawi dla siebie. Wszyscy się zgodzili, bo chłopak głowę ma słabą, to i może go bardziej wzięło niż innych.
I sobie tak gromada gada o głupotach, czyli o tym, o czym się gada w takich miejscach, z takimi znajomymi o takiej porze. Minęło 15 minut - Pawła nie ma. Chasdija pyta się, czy aby Nie wyjść do Pawła, bo taki sam tam siedzi... albo stoi. Wszyscy mówią, że nie, jak przemarznie do wróci, i takie tam. Minęło jednak pół godziny a Pawła nadal nie ma. Więc zgrupowanie postanowiło jednak opuścić ciepłe miejsce w samochodzie, by sprać głowę chłopakowi, że nie daje znaków życia. Wychodzą więc, rozglądają się... Pawła nie ma. Zaczynają go wołać... Najpierw cicho, potem coraz głośniej... A Pawła nadal nie było. Więc w oczach wszystkich (oczywiście prócz Pawła) zapanował strach. I się zaczęło...
Najpierw cała zgraja obszukała najbliższą odległość. Nie znaleźli jednak zguby. Panika jeszcze większa, bo nieopodal kilka ładnych stawów się znajduję, co to można sobie w nich popływać, albo się utopić. Ale doszli do wniosku, że bez sensu tak całą piątką chodzić, bo się nie wiele miejsc sprawdzi. Więc się ludzie rozdzielają. I to w jaki sposób! Chłopacy razem, a dwie, biedne dziewczynki razem. W tamtej chwili dziewczyny nie widziały w tym nic złego. Dopiero potem złorzeczyły na męską część grupy. Ale o tym też trochę później.
Po godzinie (o ile Chasdija się nie myli, było coś około pierwszej w nocy) wszyscy zgadują się przy przystanku, by pomyśleć nad tym, co dalej, bo nikt Pawła nie odnalazł. Po krótkiej wymianie zdań, do dzieła wchodzą telefony, nawołując bliższych i dalszych kolegów, którzy musieli zerwać się z ciepłego wyrka i jechać 20 km, bo się biedny Pawełek zgubił. Po jakimś czasie gromada rozrosła się do 10 osób. I znów podział na mniejsze grupki i znów dziewczyny pozostały we dwie, same.
Jedna grupa poszła powydzierać się nad stawami, druga w park (gdzie jeden z chłopaków sobie portki o chaszcze podarł, a drugi zmoczył w błocie buty), trzecia wyruszyła w stronę lasu (alkohol dał im odwagi, bo, jak potem mówili, o pierwszej w nocy na trzeźwo to by się w takie miejsce nigdy nie puścili). Czwarta poszła w stronę tego nawiedzonego budynku. Obeszli go dookoła. Światło nadal się paliło. Myśleli, że to zguba się odnalazła i zaczęli go nawoływać (zapomnieli o wcześniejszym zastanawianiu się nad tym, czy aby tam jakieś duchy nie mieszkają). Światło, jakby wydawane jakąś lampką, to unosiło się nieomal pod sam sufi, to opadało do samej podłogi, nie wydając żadnego hałasu. To znów zaczęło kołować i bujać się w obie strony. W końcu chłopcy troszkę oprzytomnieli, przypomnieli sobie o rozmowach w sprawie nawiedzenia i szybko się stamtąd zmyli.
Piąta grupa, w składzie Chasdija i jej siostra, wyruszyli drogą w stronę miasta. Idą tak i idą, wydzierając się, nawołując Pawła, jednocześnie na niego złorzecząc. I tak przeszli kilka kilometrów. Aż nagle Chasdija usłyszała tajemnicze kasłanie. Panika pojawiła się w oczach dziewczyn. Ciemność, wieś i zero domów dookoła. Wiadomo z czym to się kojarzy. Zrobiły więc nawrót na pięcie, wracając prawie że biegiem do pozostałych. Siostra zaczyna dzwonić do jednego z kolegów. Chasdija słyszy tekst:
"Do cholery jasnej... Gdzie jesteście?... No to ruszcie dupy, bo tu ktoś idzie i kaszle... No skąd, do jasne cholery, mamy wiedzieć?... No żesz kur***! Pospieszcie się!".
Minęło około trzech minut, gdy podjechał samochód. Biedaczki weszły do środka. Szybko jednak doszły do wniosku, by kierowca jechał dalej tą drogą, bo to może Paweł się szlaja.
I tak jak mówiły, Paweł, z kapturem na głowie, wlekąc noga za nogą, człapał w kierunku centrum wioski. Wszyscy wyszli z samochodu, by nawrzeszczeć na chłopaka, który i tak przecież nie wiele z tego zapamiętał. Otoczony przez dwóch chłopaków i dwie dziewczyny, Paweł zaczął powtarzać, że chce wracać do domu i znów kieruje swe kroki w stronę miasta. Chasdija przerażona, chcąc go doprowadzić do jakiej takiej świadomości, popycha go do tyłu, ze słowami: "Ani mi się, do cholery, śnij". Zrobiła to jednak tak nieszczęśliwie, że odpychając chłopaka, odbiła się od niego i wpadła do rowu znajdującego się kilka kroków za nią. Coś jej w kolanie przeskoczyło, tak że nie mogła nawet się ruszyć. Z pomocą męskich dłoni wydostała się jednak i dokuśtykała do samochodu, z którego widziała dalszy rozwój wydarzeń. Podjechał kolejny samochód, który był prowadzony przez brata Pawła. Wepchnięto zgubę do jego środka, wcześniej uparcie odmawiając jej papierosa. Siostra Chasdiji jeszcze nie raz targnęła nim o auto, bo złość musiała się jakoś z jej ciała wydostać.
W końcu jakoś się wszystko ogarnęło. Paweł został odwieziony do domu, pozostali też poodjeżdżali w sobie tylko znanych kierunkach. Tylko jeden z kolegów odwiózł dziewczyny pod dom Chasdiji. Oczywiście Chasdija z łzami z bólu doczołgała się do swego pokoju (znajdującego się na pięterku), gdzie z ulgą zasnęła. A obok niej zasnęła jej siostra... Z nie mniejszą ulgą.
Następnego dnia z łóżek zwlokły się dwa zgony, ledwie utrzymujące się na nogach.
I ta kwestia: "TO BYŁ CZAAAAD".
Takich rzeczy się nie zapomina. Chasdija na pewno nie zapomniała, bo jeszcze do dziś dnia ma spuchnięte kolano.
Ale nie żałuje, bo będzie miała co potem bratankowi opowiadać.
Tyle tylko, że następnego dnia, wieczorem, Paweł przyjechał do Chasdiji i siostry razem z kolegami.I byłoby fajnie, gdyby nie miał wszystkim za złe, że tyle rabanu narobili o nic. I jego mama się o wszystkim dowiedziała i sprała mu głowę... I wszyscy się teraz z niego śmieją. I w ogóle, to niepotrzebnie wszyscy go szukali.
A wszyscy stali, patrzyli się na niego i nie rozumieli. Bo każdy bał się, że coś sobie zrobił, coś mu się stało. I nikt nie mógłby w spokoju zasnąć, wiedząc, że on gdzieś tam włóczy się po obcej dla siebie wsi.
I nie powiedział nawet zwykłego, miłego: "Dziękuję".
Bo ludzie są czasami tak bardzo niewdzięczni.
sobota, 13 października 2012
Chasdija a dzieci
Chasdija, odkąd pamięta, nie lubiła dzieci. Nie lubiła noworodków, niemowlaków, przedszkolniaków i szkolniaków. Dla Chasdiji takie dzieci kojarzyły się z ciągłym płaczem, nie wiadomo poco i na co, obchodzeniem się jak z przysłowiowym jajkiem i niezrozumieniem dzieci, jako takich. I Chasdija wciąż powtarzała, że nie wyobraża sobie mieć własnego berbecia. "Nie - mówiła Chasdija - To nie dla mnie. Ja wolę dorosłych, po wiadomo co i jak i w pampersy nie robią".
Ale pewnego dnia, niecały rok temu, a dokładniej 1 listopada 2011 roku przyszedł na świat Kacper. Nie... To nie syn Chasdiji, ale jej bratanek, który odmienił jej cały pogląd na temat niemowlaków i, ogólnie rzecz ujmując, dzieci.Nie... Chasdija nadal nie chce mieć własnego malca, ale to tylko taka mała niedogodność.
Kacper jest dzieckiem... hm... słodkim, kochanym, zabawnym, radującym serce Chasdiji i raniącym je, gdy przez dwa dni nie widzi tych jasnych włosków i... zajebistych oczu... Bo oczy Kacper ma tak przecudne, że mogłaby Chasdija się w nie godzinami patrzeć.
Dlaczego jest kochany? Bo zawsze się cieszy, gdy zobaczy Chasdije po całodniowej jej nieobecności. Bo gdy jest zmęczony i znajduje się na rękach Chasdiji, przytuli się do niej i... i tak słodko zasypia. Bo gdy Chasdija udaje, że płacze, bo młody przypadkiem palnął ją ręką w głowę, to tak się na nią patrzy, jakby sam miał zaraz zacząć łkać. Bo gdy Chasdija weźmie go na ręce, to tak słodko się uśmiecha, jakby mówił, że bardzo kocha Chasdije i nie wyobraża sobie dnia bez niej.
Dlaczego jest zabawny?
Gdybyście zobaczyli go w akcji... To jak tańczy, to jak zachowuje się, jak Chasdija opowiada mu książeczkę, to jak włączy sobie sam (przy niewielkiej pomocy Chasdiji) światło i czekać na "mig-mig-mig", jak na sam odgłos samochodu reaguje swoim "brrrrrr", w które wkłada tyle serca i siły, to jak nauczył się "muuuu", choć sam ogranicza się do prostszego "mmmmmm" i odpowiada tym odgłosem na każde pytanie o to, jak robi dane zwierzę, to jak wydaje odgłosy, które zwykły człowiek nie jest w stanie wytworzyć swym aparatem mowy, a które mu przychodzą z taką prostotą, gdy Chasdija mu pampersa zmienia, to jak godzinami potrafi stać przy szafce i zachwycać się tym, że może otwierać i zamykać jej drzwiczki, to jak zasuwa w chodaku po pokojach, nie zważając na wszelkie przeszkody, bo i po co, to jak daje w swój specyficzny sposób oznaki, że już się obudził, a nikt nie zajrzał jeszcze do jego, przymkniętego pokoiku, to jak celuje pilotem w stronę telewizora i spogląda z niezrozumieniem na Chasdiję, bo przecież powinien kanał się zmieniać, ale to, że zapomina guzik odpowiedni nacisnąć, to już nie ważne, to jak przykłada sobie telefon w okolice ucha, udając, że słucha i to jak widzi nową zabawkę...
Kacper jest też pełen paradoksów:
- dajesz mu zabawkę z pudełkiem, po czym on po chwili odrzuca zabawkę, bo przecież opakowanie jest bardziej interesujące,
- idziesz z nim na zjeżdżalnie i podczas gdy inne dzieci cieszą się bardziej gdy zjeżdżają po nie, Kacper najbardziej uhahany jest, gdy go tatuś na nią wprowadza,
- każdy normalny dzieciak powinien bardziej koncentrować się na TV, gdy mu migają obrazki, ale Kacper jest inny... On woli, gdy na ekranie ukazuje się niebieskie tło z żółtymi literkami "signal = 0",
- i wiele, wiele innych.
Na prawdę... Chasdija pokochała młodego, jak własne dziecko. I Chasdija zmieniła zdanie odnośnie malców. Już nie są oni dla niej tacy tajemniczy, odstraszający.
Chasdija kocha dzieci... Ale i tak na własne nie zdecyduje się nigdy :)
Ale pewnego dnia, niecały rok temu, a dokładniej 1 listopada 2011 roku przyszedł na świat Kacper. Nie... To nie syn Chasdiji, ale jej bratanek, który odmienił jej cały pogląd na temat niemowlaków i, ogólnie rzecz ujmując, dzieci.Nie... Chasdija nadal nie chce mieć własnego malca, ale to tylko taka mała niedogodność.
Kacper jest dzieckiem... hm... słodkim, kochanym, zabawnym, radującym serce Chasdiji i raniącym je, gdy przez dwa dni nie widzi tych jasnych włosków i... zajebistych oczu... Bo oczy Kacper ma tak przecudne, że mogłaby Chasdija się w nie godzinami patrzeć.
Dlaczego jest kochany? Bo zawsze się cieszy, gdy zobaczy Chasdije po całodniowej jej nieobecności. Bo gdy jest zmęczony i znajduje się na rękach Chasdiji, przytuli się do niej i... i tak słodko zasypia. Bo gdy Chasdija udaje, że płacze, bo młody przypadkiem palnął ją ręką w głowę, to tak się na nią patrzy, jakby sam miał zaraz zacząć łkać. Bo gdy Chasdija weźmie go na ręce, to tak słodko się uśmiecha, jakby mówił, że bardzo kocha Chasdije i nie wyobraża sobie dnia bez niej.
Dlaczego jest zabawny?
Gdybyście zobaczyli go w akcji... To jak tańczy, to jak zachowuje się, jak Chasdija opowiada mu książeczkę, to jak włączy sobie sam (przy niewielkiej pomocy Chasdiji) światło i czekać na "mig-mig-mig", jak na sam odgłos samochodu reaguje swoim "brrrrrr", w które wkłada tyle serca i siły, to jak nauczył się "muuuu", choć sam ogranicza się do prostszego "mmmmmm" i odpowiada tym odgłosem na każde pytanie o to, jak robi dane zwierzę, to jak wydaje odgłosy, które zwykły człowiek nie jest w stanie wytworzyć swym aparatem mowy, a które mu przychodzą z taką prostotą, gdy Chasdija mu pampersa zmienia, to jak godzinami potrafi stać przy szafce i zachwycać się tym, że może otwierać i zamykać jej drzwiczki, to jak zasuwa w chodaku po pokojach, nie zważając na wszelkie przeszkody, bo i po co, to jak daje w swój specyficzny sposób oznaki, że już się obudził, a nikt nie zajrzał jeszcze do jego, przymkniętego pokoiku, to jak celuje pilotem w stronę telewizora i spogląda z niezrozumieniem na Chasdiję, bo przecież powinien kanał się zmieniać, ale to, że zapomina guzik odpowiedni nacisnąć, to już nie ważne, to jak przykłada sobie telefon w okolice ucha, udając, że słucha i to jak widzi nową zabawkę...
Kacper jest też pełen paradoksów:
- dajesz mu zabawkę z pudełkiem, po czym on po chwili odrzuca zabawkę, bo przecież opakowanie jest bardziej interesujące,
- idziesz z nim na zjeżdżalnie i podczas gdy inne dzieci cieszą się bardziej gdy zjeżdżają po nie, Kacper najbardziej uhahany jest, gdy go tatuś na nią wprowadza,
- każdy normalny dzieciak powinien bardziej koncentrować się na TV, gdy mu migają obrazki, ale Kacper jest inny... On woli, gdy na ekranie ukazuje się niebieskie tło z żółtymi literkami "signal = 0",
- i wiele, wiele innych.
Na prawdę... Chasdija pokochała młodego, jak własne dziecko. I Chasdija zmieniła zdanie odnośnie malców. Już nie są oni dla niej tacy tajemniczy, odstraszający.
Chasdija kocha dzieci... Ale i tak na własne nie zdecyduje się nigdy :)
niedziela, 26 sierpnia 2012
Bodziec podprogowy - to boli...
Chasdija jest uodporniona na wszelkie bodźce podprogowe. To
znaczy… Chasdija ma nadzieję, że jest na nie uodporniona, bo jak można
stwierdzić, czy jest się na coś uodporniony, jeśli się nie jest nawet świadom
tego, że jakiekolwiek zagrożenie jest jak najbardziej realne i odgrywa się
właśnie w tym momencie.
Ale Chasdija święcie w to wierzyła, aż do czasu…
Ostatnio Chasdija patrzyła się na film. Tak! Chasdija
patrzyła się na film! To znaczy czytała książkę na kompie, a film jej koło ucha
brzęczał. Bo był całkiem fajny (ten film), ale książka była równie, jak i nie
bardziej, ciekawa. Nie wiedziała co wybrać, więc składając wszystko w ręce
kobiecej podzielności uwagi, postanowiła złapać na raz dwie sroki za ogon… albo
upiec dwie pieczenie na jednym ogniu. No i tak czyta książkę i czyta… i czyta…
I nagle bezwiednie spojrzała w ekran telewizora i wyprostowała się przy biurku
jak struna. To znaczy plecy wyprostowała, nogi nadal zgięte w kolanach były.
Powiecie pewnie, że nic w tym dziwnego. Ot… każdy się
przecież prostuje… Jakoś tak samo przychodzi.
Niby tak, ale następnego dnia była powtórka tego samego
filmu. Chasdija cała w skowronkach zasiadła za TV, bo ostatecznie podczas
premierowego pokazu i tak przeważającą większość swej uwagi poświęciła
czytaniu. I patrzy się… i patrzy… i patrzy… I nagle widzi fragment, który zdał
jej się dziwnie znajomy. Ot rodzina zasiadła podczas obiadu przy stole i,
podczas wymiany zdań między domownikami, padają słowa ojca do młodszego syna:
„Wyprostuj się. Nie powinieneś garbić się przy stole.”
„Wyprostuj się. Nie powinieneś garbić się przy stole.”
I wtedy Chasdiję coś oświeciło. Wiedziała już, skąd znała
tren fragment i dlaczego poprzedniego dnia poczuła nagle wielką ochotę
wyprostować się podczas korzystania z komputera.
I Chasdija posmutniała, bo jej pewność na temat odporności
na bodźce podprogowe wydała się co najmniej aż nazbyt naciągana.
Może to nie był taki
zupełny bodziec podprogowy, ale coś w tym było. Bo Chasdija nie była świadoma
ani tego na co patrzy, ani tego co słyszy.
Chasdija oparła głowę na splecionych dłoniach i wyjrzała
przez okno.
„Już nigdy nie pójdę do żadnego kina” – pomyślała. Po chwili
dodała: „Ani nie będę oglądać telewizji, ani radia słuchać, ani żadnej muzyki”.
Ostatecznie jednak pokręciła głową. „To może od razu przestanę oddychać” –
westchnęła, po czym znów skupiła swój wzrok na 21’ ekranie swego TV.
A tak odchodząc od tematu.
Wiecie jak powstaje efekt dejavu?
Tak? No to możecie odpuścić sobie resztę notki. Albo nie…
Doczytajcie do końca. Może ostatecznie jeszcze jakieś bardziej logiczne
wytłumaczenie macie, którym podzielicie się z Chasdiją.
Otóż, człowiek ma parę oczu, co nie jest niczym
nadzwyczajnym. I każde oko odbiera informację z otoczenia w odrobinę innym
czasie. Kwestia zapewne kilku mini sekund. I gdy jedno oko już przesłało
informację, która doleciała do mózgu i została odebrana, lecz pozostała w
naszej podświadomości, zaraz zostaje przez mózg przyjęty obraz z drugiego oka,
który trafia bezpośrednio do naszej świadomości. W tym momencie człowiek zastanawia
się, czy aby nie przeżywał kiedyś już podobnej chwili. Odpowiedź jest prosta…
Przeżywał ją, ale wpierw w podświadomości, a dopiero potem całkowicie
świadomie.
Chasdija zastanawia się, czy aby zapisała to w miarę zrozumiale.
No cóż… Chasdija przecież pisała, że użyje swego własnego języka.
Nie pisała? Hm… To chyba ciut za późno na takie poprawki ;)
Nie pisała? Hm… To chyba ciut za późno na takie poprawki ;)
niedziela, 12 sierpnia 2012
Mars - i???
Chasdija patrzyła się ostatnio na wiadomości. Tak się zastanowić, to Chasdija patrzy się na te wiadomości coraz częściej. Ma już swoje lata, tak... Ale to chyba nie oznacza, że musi zaraz wpadać ze swoimi kopytami w świat dorosłych, gdzie wciąż jakieś afery, morderstwa, kradzieże i oszczerstwa. No ale nie ważne. Nie o tym miało tu być.
Więc Chasdija patrzyła się na te wiadomości, w których znów podawali informację o wylądowaniu na Marsie łazika. No cóż... Wielkie uniesienie i radocha astronomów. Kolejny krok ludzkości... czy jakoś tak. Ale Chasdija nie czuła się wcale jakoś inaczej, nie czuła się podniecona i nie poczuła wcale krwi tętniącej jej w żyłach. Ba! Nie poczuła nawet bicia swego serca, więc szybko sprawdziła ręcznie swoje tętno. Było i to całkiem spokojne. A więc żyje. Dobra nowina dla niej samej, gorsza dla tych, co to mają już jej dosyć (pozdrowienia dla nich).
Zaczęło więc zastanawiać ją, dlaczego nie reaguje tak, jak, zdawać by się mogło, powinien reagować każdy Ziemianin.
Dowiedziała się już chwilę później, gdy zaczęto podawać informację o kolejnych tragediach, które nie miały miejsca ani na Marsie, ani na Księżycu, ani na innej obcej planecie, ale na samej Ziemi. I Chasdija już wiedziała!
Bo ludzie, zdaniem Chasdiji, są dość dziwni. Nie potrafią zająć się jednym problemem i doprowadzić go do pozytywnego rozwiązania, lecz łapią się za wszystko na raz i za chust nie potrafią potem tego wszystkiego ogarnąć. Zamiast uporządkować sprawy na własnej planecie, rwą się do podbijania kosmosu.
I po co to w ogóle? Żeby skolonizować Marsa? Marsa - miejsce, gdzie trzeba będzie przystosowywać ziemię i atmosferę do jakiegokolwiek użytkowania. Po co nam takie wyzwania, skoro równie dobrym wyzwaniem może być próba dostosowania terenów Afryki, gdzie susza panuje, głód i malaria. Jak się z tym ziemianie uporają, to... proszę bardzo. Mogą sobie nawet samo Słońce kolonizować.
Ale jak już zostało tu wspomniane, a teraz zostanie sparafrazowane: ludzie hołdują jednej pseudoprawdzie - nie liczy się jakość, a ilość.
I znów się okaże, że ziemianie wylądują z ręką w nocniku.
Ale tym już Chasdija się nie martwi, bo Chasdija wieczna nie jest i pewnie już nie dożyje do dnia, w którym zaczną się ukazywać skutki lekkomyślnego zachowania ówczesnych ludzi.
Chasdija ostatecznie przełączyła na inny program, gdzie z wielką powagą tłumaczono kolejne etapy powstawania zapałek.
"No cóż - pomyślała Chasdija. - Z zapałkami mam częściej do czynienia niż z Marsem".
Dowiedziała się już chwilę później, gdy zaczęto podawać informację o kolejnych tragediach, które nie miały miejsca ani na Marsie, ani na Księżycu, ani na innej obcej planecie, ale na samej Ziemi. I Chasdija już wiedziała!
Bo ludzie, zdaniem Chasdiji, są dość dziwni. Nie potrafią zająć się jednym problemem i doprowadzić go do pozytywnego rozwiązania, lecz łapią się za wszystko na raz i za chust nie potrafią potem tego wszystkiego ogarnąć. Zamiast uporządkować sprawy na własnej planecie, rwą się do podbijania kosmosu.
I po co to w ogóle? Żeby skolonizować Marsa? Marsa - miejsce, gdzie trzeba będzie przystosowywać ziemię i atmosferę do jakiegokolwiek użytkowania. Po co nam takie wyzwania, skoro równie dobrym wyzwaniem może być próba dostosowania terenów Afryki, gdzie susza panuje, głód i malaria. Jak się z tym ziemianie uporają, to... proszę bardzo. Mogą sobie nawet samo Słońce kolonizować.
Ale jak już zostało tu wspomniane, a teraz zostanie sparafrazowane: ludzie hołdują jednej pseudoprawdzie - nie liczy się jakość, a ilość.
I znów się okaże, że ziemianie wylądują z ręką w nocniku.
Ale tym już Chasdija się nie martwi, bo Chasdija wieczna nie jest i pewnie już nie dożyje do dnia, w którym zaczną się ukazywać skutki lekkomyślnego zachowania ówczesnych ludzi.
Chasdija ostatecznie przełączyła na inny program, gdzie z wielką powagą tłumaczono kolejne etapy powstawania zapałek.
"No cóż - pomyślała Chasdija. - Z zapałkami mam częściej do czynienia niż z Marsem".
Subskrybuj:
Komentarze (Atom)


