Chasdija zastanawia się, dlaczego niektórzy ludzie są tacy niewdzięczni. Nie dość, że nie podziękują, to mają o wszystko do ciebie pretensje.
Ale zacznijmy od początku.
Wieczór... no prawie że już noc dnia 11 listopada 2012 roku. Pogoda całkiem niezła. Trochę kropi, ale ciepło, jak się tak w kurtkę i czapkę człowiek opatuli.
Do Chasdiji przyjeżdża siostra z informacją, że zamierzają dojechać późniejszym wieczorem jej koledzy, których Chasdija nie zna. Chasdija więc ma dość wielkie opory, bo jak to tak? Obcy ludzie? Nie znani? I tak w odwiedziny?
Ale Chasdija nie potrafi odmówić swojej siostrze (o cztery lata młodszej). Więc gdzieś tak około 20.30 robi z nią wymarsz na drogę. Koledzy, a jakże, przyjechali. Wszyscy udali się potem pod remizę w niewielkiej wiosce, gdzieś między Łodzią a Warszawą. Jedyne miejsce, gdzie można się skryć przed kropiącym deszczem, i ciekawskimi spojrzeniami sąsiadów. Oczywiście chłopacy wozili swoje tyłki w aucie, podczas gdy dziewczyny na piechtę dyrdały (ta męska kultura...). I zapowiadało się całkiem fajnie. Zapowiadało się, aż do momentu, gdy koledzy nie otworzyli bagażnika i nie pokazali dziewczyną co mają w środku. Chasdija wiedziała, że będzie się działo... Oj będzie.
Po którejś tam kolejce (Chasdija przestała już liczyć), Chasdija udała się z jednym z kolegów (nazwijmy go Paweł) na spacerek, aby się "odświerzyć". Pozostali, to znaczy trzech kolegów + siostra udali się po prowiant do miasta, bo się okazało, że za mało zaplanowali początkowo.
Dostawa dotarła cała, pozostali dotarli też cali i zdrowi, więc można było poprawić to, czego jeszcze nie dokończyli.Wszyscy byli jeszcze świadomi tego, co czynią (a przynajmniej Chasdija tak uważała). Zabawa się rozkręcała (xD), deski pourywane z jednej z balustrad (Chasdija mówiła, że tak nie wolno, ale kto tam jej słucha),
W między czasie cała gromada zaczęła zastanawiać się, czy w jednym ze starych, opuszczonych budynków znajdujących się kilkanaście metrów od remizy, nie straszy, bo przecież nikogo tam być nie powinno, a jakieś światło ruszało się wewnątrz. Później chłopacy, bardziej odważni po kilku... e... głębszych, tam zajrzeli, ale o tym później ;)
No i jakoś tak zaczęło się zimno robić. Więc wszyscy zapakowali się do samochodu. Pojechali kawałek dalej, z zamiarem wyruszenia do miasta, ale ostatecznie zrezygnowano z tego posunięcia, bo przecież "samochód na... siki nie chodzi". I się nagle Pawłowi tak bardzo ciepło zrobiło i postanowił wyjść z auta i się przewietrzyć. Prawdziwy powód tego poczynania Chasdija zostawi dla siebie. Wszyscy się zgodzili, bo chłopak głowę ma słabą, to i może go bardziej wzięło niż innych.
I sobie tak gromada gada o głupotach, czyli o tym, o czym się gada w takich miejscach, z takimi znajomymi o takiej porze. Minęło 15 minut - Pawła nie ma. Chasdija pyta się, czy aby Nie wyjść do Pawła, bo taki sam tam siedzi... albo stoi. Wszyscy mówią, że nie, jak przemarznie do wróci, i takie tam. Minęło jednak pół godziny a Pawła nadal nie ma. Więc zgrupowanie postanowiło jednak opuścić ciepłe miejsce w samochodzie, by sprać głowę chłopakowi, że nie daje znaków życia. Wychodzą więc, rozglądają się... Pawła nie ma. Zaczynają go wołać... Najpierw cicho, potem coraz głośniej... A Pawła nadal nie było. Więc w oczach wszystkich (oczywiście prócz Pawła) zapanował strach. I się zaczęło...
Najpierw cała zgraja obszukała najbliższą odległość. Nie znaleźli jednak zguby. Panika jeszcze większa, bo nieopodal kilka ładnych stawów się znajduję, co to można sobie w nich popływać, albo się utopić. Ale doszli do wniosku, że bez sensu tak całą piątką chodzić, bo się nie wiele miejsc sprawdzi. Więc się ludzie rozdzielają. I to w jaki sposób! Chłopacy razem, a dwie, biedne dziewczynki razem. W tamtej chwili dziewczyny nie widziały w tym nic złego. Dopiero potem złorzeczyły na męską część grupy. Ale o tym też trochę później.
Po godzinie (o ile Chasdija się nie myli, było coś około pierwszej w nocy) wszyscy zgadują się przy przystanku, by pomyśleć nad tym, co dalej, bo nikt Pawła nie odnalazł. Po krótkiej wymianie zdań, do dzieła wchodzą telefony, nawołując bliższych i dalszych kolegów, którzy musieli zerwać się z ciepłego wyrka i jechać 20 km, bo się biedny Pawełek zgubił. Po jakimś czasie gromada rozrosła się do 10 osób. I znów podział na mniejsze grupki i znów dziewczyny pozostały we dwie, same.
Jedna grupa poszła powydzierać się nad stawami, druga w park (gdzie jeden z chłopaków sobie portki o chaszcze podarł, a drugi zmoczył w błocie buty), trzecia wyruszyła w stronę lasu (alkohol dał im odwagi, bo, jak potem mówili, o pierwszej w nocy na trzeźwo to by się w takie miejsce nigdy nie puścili). Czwarta poszła w stronę tego nawiedzonego budynku. Obeszli go dookoła. Światło nadal się paliło. Myśleli, że to zguba się odnalazła i zaczęli go nawoływać (zapomnieli o wcześniejszym zastanawianiu się nad tym, czy aby tam jakieś duchy nie mieszkają). Światło, jakby wydawane jakąś lampką, to unosiło się nieomal pod sam sufi, to opadało do samej podłogi, nie wydając żadnego hałasu. To znów zaczęło kołować i bujać się w obie strony. W końcu chłopcy troszkę oprzytomnieli, przypomnieli sobie o rozmowach w sprawie nawiedzenia i szybko się stamtąd zmyli.
Piąta grupa, w składzie Chasdija i jej siostra, wyruszyli drogą w stronę miasta. Idą tak i idą, wydzierając się, nawołując Pawła, jednocześnie na niego złorzecząc. I tak przeszli kilka kilometrów. Aż nagle Chasdija usłyszała tajemnicze kasłanie. Panika pojawiła się w oczach dziewczyn. Ciemność, wieś i zero domów dookoła. Wiadomo z czym to się kojarzy. Zrobiły więc nawrót na pięcie, wracając prawie że biegiem do pozostałych. Siostra zaczyna dzwonić do jednego z kolegów. Chasdija słyszy tekst:
"Do cholery jasnej... Gdzie jesteście?... No to ruszcie dupy, bo tu ktoś idzie i kaszle... No skąd, do jasne cholery, mamy wiedzieć?... No żesz kur***! Pospieszcie się!".
Minęło około trzech minut, gdy podjechał samochód. Biedaczki weszły do środka. Szybko jednak doszły do wniosku, by kierowca jechał dalej tą drogą, bo to może Paweł się szlaja.
I tak jak mówiły, Paweł, z kapturem na głowie, wlekąc noga za nogą, człapał w kierunku centrum wioski. Wszyscy wyszli z samochodu, by nawrzeszczeć na chłopaka, który i tak przecież nie wiele z tego zapamiętał. Otoczony przez dwóch chłopaków i dwie dziewczyny, Paweł zaczął powtarzać, że chce wracać do domu i znów kieruje swe kroki w stronę miasta. Chasdija przerażona, chcąc go doprowadzić do jakiej takiej świadomości, popycha go do tyłu, ze słowami: "Ani mi się, do cholery, śnij". Zrobiła to jednak tak nieszczęśliwie, że odpychając chłopaka, odbiła się od niego i wpadła do rowu znajdującego się kilka kroków za nią. Coś jej w kolanie przeskoczyło, tak że nie mogła nawet się ruszyć. Z pomocą męskich dłoni wydostała się jednak i dokuśtykała do samochodu, z którego widziała dalszy rozwój wydarzeń. Podjechał kolejny samochód, który był prowadzony przez brata Pawła. Wepchnięto zgubę do jego środka, wcześniej uparcie odmawiając jej papierosa. Siostra Chasdiji jeszcze nie raz targnęła nim o auto, bo złość musiała się jakoś z jej ciała wydostać.
W końcu jakoś się wszystko ogarnęło. Paweł został odwieziony do domu, pozostali też poodjeżdżali w sobie tylko znanych kierunkach. Tylko jeden z kolegów odwiózł dziewczyny pod dom Chasdiji. Oczywiście Chasdija z łzami z bólu doczołgała się do swego pokoju (znajdującego się na pięterku), gdzie z ulgą zasnęła. A obok niej zasnęła jej siostra... Z nie mniejszą ulgą.
Następnego dnia z łóżek zwlokły się dwa zgony, ledwie utrzymujące się na nogach.
I ta kwestia: "TO BYŁ CZAAAAD".
Takich rzeczy się nie zapomina. Chasdija na pewno nie zapomniała, bo jeszcze do dziś dnia ma spuchnięte kolano.
Ale nie żałuje, bo będzie miała co potem bratankowi opowiadać.
Tyle tylko, że następnego dnia, wieczorem, Paweł przyjechał do Chasdiji i siostry razem z kolegami.I byłoby fajnie, gdyby nie miał wszystkim za złe, że tyle rabanu narobili o nic. I jego mama się o wszystkim dowiedziała i sprała mu głowę... I wszyscy się teraz z niego śmieją. I w ogóle, to niepotrzebnie wszyscy go szukali.
A wszyscy stali, patrzyli się na niego i nie rozumieli. Bo każdy bał się, że coś sobie zrobił, coś mu się stało. I nikt nie mógłby w spokoju zasnąć, wiedząc, że on gdzieś tam włóczy się po obcej dla siebie wsi.
I nie powiedział nawet zwykłego, miłego: "Dziękuję".
Bo ludzie są czasami tak bardzo niewdzięczni.
Subskrybuj:
Komentarze do posta (Atom)



0 komentarze:
Prześlij komentarz