Więc Chasdija patrzyła się na te wiadomości, w których znów podawali informację o wylądowaniu na Marsie łazika. No cóż... Wielkie uniesienie i radocha astronomów. Kolejny krok ludzkości... czy jakoś tak. Ale Chasdija nie czuła się wcale jakoś inaczej, nie czuła się podniecona i nie poczuła wcale krwi tętniącej jej w żyłach. Ba! Nie poczuła nawet bicia swego serca, więc szybko sprawdziła ręcznie swoje tętno. Było i to całkiem spokojne. A więc żyje. Dobra nowina dla niej samej, gorsza dla tych, co to mają już jej dosyć (pozdrowienia dla nich).
Zaczęło więc zastanawiać ją, dlaczego nie reaguje tak, jak, zdawać by się mogło, powinien reagować każdy Ziemianin.
Dowiedziała się już chwilę później, gdy zaczęto podawać informację o kolejnych tragediach, które nie miały miejsca ani na Marsie, ani na Księżycu, ani na innej obcej planecie, ale na samej Ziemi. I Chasdija już wiedziała!
Bo ludzie, zdaniem Chasdiji, są dość dziwni. Nie potrafią zająć się jednym problemem i doprowadzić go do pozytywnego rozwiązania, lecz łapią się za wszystko na raz i za chust nie potrafią potem tego wszystkiego ogarnąć. Zamiast uporządkować sprawy na własnej planecie, rwą się do podbijania kosmosu.
I po co to w ogóle? Żeby skolonizować Marsa? Marsa - miejsce, gdzie trzeba będzie przystosowywać ziemię i atmosferę do jakiegokolwiek użytkowania. Po co nam takie wyzwania, skoro równie dobrym wyzwaniem może być próba dostosowania terenów Afryki, gdzie susza panuje, głód i malaria. Jak się z tym ziemianie uporają, to... proszę bardzo. Mogą sobie nawet samo Słońce kolonizować.
Ale jak już zostało tu wspomniane, a teraz zostanie sparafrazowane: ludzie hołdują jednej pseudoprawdzie - nie liczy się jakość, a ilość.
I znów się okaże, że ziemianie wylądują z ręką w nocniku.
Ale tym już Chasdija się nie martwi, bo Chasdija wieczna nie jest i pewnie już nie dożyje do dnia, w którym zaczną się ukazywać skutki lekkomyślnego zachowania ówczesnych ludzi.
Chasdija ostatecznie przełączyła na inny program, gdzie z wielką powagą tłumaczono kolejne etapy powstawania zapałek.
"No cóż - pomyślała Chasdija. - Z zapałkami mam częściej do czynienia niż z Marsem".
Dowiedziała się już chwilę później, gdy zaczęto podawać informację o kolejnych tragediach, które nie miały miejsca ani na Marsie, ani na Księżycu, ani na innej obcej planecie, ale na samej Ziemi. I Chasdija już wiedziała!
Bo ludzie, zdaniem Chasdiji, są dość dziwni. Nie potrafią zająć się jednym problemem i doprowadzić go do pozytywnego rozwiązania, lecz łapią się za wszystko na raz i za chust nie potrafią potem tego wszystkiego ogarnąć. Zamiast uporządkować sprawy na własnej planecie, rwą się do podbijania kosmosu.
I po co to w ogóle? Żeby skolonizować Marsa? Marsa - miejsce, gdzie trzeba będzie przystosowywać ziemię i atmosferę do jakiegokolwiek użytkowania. Po co nam takie wyzwania, skoro równie dobrym wyzwaniem może być próba dostosowania terenów Afryki, gdzie susza panuje, głód i malaria. Jak się z tym ziemianie uporają, to... proszę bardzo. Mogą sobie nawet samo Słońce kolonizować.
Ale jak już zostało tu wspomniane, a teraz zostanie sparafrazowane: ludzie hołdują jednej pseudoprawdzie - nie liczy się jakość, a ilość.
I znów się okaże, że ziemianie wylądują z ręką w nocniku.
Ale tym już Chasdija się nie martwi, bo Chasdija wieczna nie jest i pewnie już nie dożyje do dnia, w którym zaczną się ukazywać skutki lekkomyślnego zachowania ówczesnych ludzi.
Chasdija ostatecznie przełączyła na inny program, gdzie z wielką powagą tłumaczono kolejne etapy powstawania zapałek.
"No cóż - pomyślała Chasdija. - Z zapałkami mam częściej do czynienia niż z Marsem".



0 komentarze:
Prześlij komentarz