Subscribe:

czwartek, 12 lipca 2012

Nie jest źle, bo przecież kiedyś...

Może się to wydać dziwne. Ba! Na pewno takie się to wyda. W końcu żyjemy w czasach, w których dotykanie spraw tabu równa się z naumyślnym zgłoszeniem się na lincz i wetknięcie na bambusowy kij!
Zdarza się... Trzeba czasami wetknąć kij w mrowisko, choćby tylko po to, by zobaczyć, czy mrówki nadal zachowują się w taki sam sposób jak kilka miesięcy wcześniej.
Więc wtykam ten kij, tylko że... tak delikatnie z boku. W końcu samobójczynią nie jestem.

Zacznę więc od tego, że wraz z wiekiem  na człowieka spada coraz to więcej problemów i to problemow z każdym rokiem coraz bardziej poważnych.
Ktoś pewnie powie, że nic nadzwyczajnego, że przecież życie na tym właśnie polega, by te problemy pokonywać. Kolejne gadanie z cyklu: życie jest piękne, a te złe chwile są tylko po to, by jeszcze bardziej nas uświadomić, że życie jest piękne.
Jaki jest sens w takim stwierdzeniu?
Moim skromnym zdaniem, żaden. Ale nie o tym chciałam teraz pisać.
Wracam więc do przerwanego wątku...
Mam już te swoje dwadzieścia...coś lat i... zjechaną psychikę. Znaczy nie wykryto u mnie żadnej paranoi (depresja dwubiegunowa to nie paranoja) i ogólnie IQ mam w normie, a nawet w tej lepszej połowie normy.
Mam znajomych, mam rodzinę, mam nawet szynszyla... Jest jak jest... Ale... dla mnie ta sfera zewnętrzna ma niewielkie znaczenie. Jakbym chciała, to i by mnie ludzie na rękach nosili, pisząc pieśni chwalebne na mój temat. Bo tą sferą zewnętrzną można kierować i układać ją tak, jak się tego chce.
Ale to, co jest wewnątrz nas... Te myśli, marzenia, pragnienia... To żyje swoim własnym życiem. Ktoś tylko kiedyś popchnął je w jednym z dwóch możliwych kierunków o nazwach: pesymizm i optymizm, i jakoś to się toczy.
Mnie ktoś nie tylko pchnął, ale nieomal wyrzucił na autostradę płaczu i strachu.
Mogłabym się teraz rozwodzić nad tym, kto za to wszystko jest winien, a kto nie, ale i to nie jest tematem mojego postu.

Mam w swoim życiu problemy i nie różnie się pod tym względem od was wszystkich.
Różnie się od was w inny sposób.
Jeden człowiek, patrząc na swój problem, myśli sobie: "Jakoś to będzie". Inny myśli: " Damy radę! Kto jak nie ja!". Jeszcze inny próbuje w zupełnie inny sposób sprawić, by w jego własnych oczach kłopot ten zmniejszył się do mikroskopijnego rozmiaru.

Jak ja sobie radzę z tym wszystkim?
Stoję, patrzę na mur, bądź też przepaść, który się przede mną pojawia i myślę sobie:
"Nie ma co się zamartwiać. Przecież kiedyś odejdę z tego świata i wszelkie te problemy skończą się raz na zawsze". I o dziwo, jakoś tak raźniej się wtedy czuję.
Bo taka jest prawda.
Każdy problem, każdy ból, każdy strach, każda rozpacz minie... Przestaną mieć one dla nas jakiekolwiek znaczenie. Bo człowiek nie będzie potrafił się martwić, gdy jego świadomość zniknie raz na zawsze.
Czujecie to?
Po prostu was nie ma. Nie ma tego wszystkiego, co wciąż wyciskało z was litry łez. Nie ma tego, z czym walczyliście przez całe swe życie. Nie ma już żadnych pagórków ani gór, pod które musieliście wchodzić, by ostatecznie przekonać się, że dalej są kolejne góry i to o niebo wyższe.
Czy dla tak wspaniałego uczucia, a raczej braku jakiegokolwiek uczucia, nie opłaca się pocierpieć przez to całe swoje życie?
I czy człowiek byłby szczęśliwy wiedząc, że jest nieśmiertelny?
Czy w sumie śmierć nie jest wybawieniem?
Na prawdę się cieszę, że kiedyś zamknę oczy raz na zawsze... I tylko ta myśl daje mi siły do dalszego życia.
Paradoks? Może i paradoks, ale cholernie prawdziwy.

0 komentarze:

Prześlij komentarz