Chasdija zastanawia się, dlaczego niektórzy ludzie są tacy niewdzięczni. Nie dość, że nie podziękują, to mają o wszystko do ciebie pretensje.
Ale zacznijmy od początku.
Wieczór... no prawie że już noc dnia 11 listopada 2012 roku. Pogoda całkiem niezła. Trochę kropi, ale ciepło, jak się tak w kurtkę i czapkę człowiek opatuli.
Do Chasdiji przyjeżdża siostra z informacją, że zamierzają dojechać późniejszym wieczorem jej koledzy, których Chasdija nie zna. Chasdija więc ma dość wielkie opory, bo jak to tak? Obcy ludzie? Nie znani? I tak w odwiedziny?
Ale Chasdija nie potrafi odmówić swojej siostrze (o cztery lata młodszej). Więc gdzieś tak około 20.30 robi z nią wymarsz na drogę. Koledzy, a jakże, przyjechali. Wszyscy udali się potem pod remizę w niewielkiej wiosce, gdzieś między Łodzią a Warszawą. Jedyne miejsce, gdzie można się skryć przed kropiącym deszczem, i ciekawskimi spojrzeniami sąsiadów. Oczywiście chłopacy wozili swoje tyłki w aucie, podczas gdy dziewczyny na piechtę dyrdały (ta męska kultura...). I zapowiadało się całkiem fajnie. Zapowiadało się, aż do momentu, gdy koledzy nie otworzyli bagażnika i nie pokazali dziewczyną co mają w środku. Chasdija wiedziała, że będzie się działo... Oj będzie.
Po którejś tam kolejce (Chasdija przestała już liczyć), Chasdija udała się z jednym z kolegów (nazwijmy go Paweł) na spacerek, aby się "odświerzyć". Pozostali, to znaczy trzech kolegów + siostra udali się po prowiant do miasta, bo się okazało, że za mało zaplanowali początkowo.
Dostawa dotarła cała, pozostali dotarli też cali i zdrowi, więc można było poprawić to, czego jeszcze nie dokończyli.Wszyscy byli jeszcze świadomi tego, co czynią (a przynajmniej Chasdija tak uważała). Zabawa się rozkręcała (xD), deski pourywane z jednej z balustrad (Chasdija mówiła, że tak nie wolno, ale kto tam jej słucha),
W między czasie cała gromada zaczęła zastanawiać się, czy w jednym ze starych, opuszczonych budynków znajdujących się kilkanaście metrów od remizy, nie straszy, bo przecież nikogo tam być nie powinno, a jakieś światło ruszało się wewnątrz. Później chłopacy, bardziej odważni po kilku... e... głębszych, tam zajrzeli, ale o tym później ;)
No i jakoś tak zaczęło się zimno robić. Więc wszyscy zapakowali się do samochodu. Pojechali kawałek dalej, z zamiarem wyruszenia do miasta, ale ostatecznie zrezygnowano z tego posunięcia, bo przecież "samochód na... siki nie chodzi". I się nagle Pawłowi tak bardzo ciepło zrobiło i postanowił wyjść z auta i się przewietrzyć. Prawdziwy powód tego poczynania Chasdija zostawi dla siebie. Wszyscy się zgodzili, bo chłopak głowę ma słabą, to i może go bardziej wzięło niż innych.
I sobie tak gromada gada o głupotach, czyli o tym, o czym się gada w takich miejscach, z takimi znajomymi o takiej porze. Minęło 15 minut - Pawła nie ma. Chasdija pyta się, czy aby Nie wyjść do Pawła, bo taki sam tam siedzi... albo stoi. Wszyscy mówią, że nie, jak przemarznie do wróci, i takie tam. Minęło jednak pół godziny a Pawła nadal nie ma. Więc zgrupowanie postanowiło jednak opuścić ciepłe miejsce w samochodzie, by sprać głowę chłopakowi, że nie daje znaków życia. Wychodzą więc, rozglądają się... Pawła nie ma. Zaczynają go wołać... Najpierw cicho, potem coraz głośniej... A Pawła nadal nie było. Więc w oczach wszystkich (oczywiście prócz Pawła) zapanował strach. I się zaczęło...
Najpierw cała zgraja obszukała najbliższą odległość. Nie znaleźli jednak zguby. Panika jeszcze większa, bo nieopodal kilka ładnych stawów się znajduję, co to można sobie w nich popływać, albo się utopić. Ale doszli do wniosku, że bez sensu tak całą piątką chodzić, bo się nie wiele miejsc sprawdzi. Więc się ludzie rozdzielają. I to w jaki sposób! Chłopacy razem, a dwie, biedne dziewczynki razem. W tamtej chwili dziewczyny nie widziały w tym nic złego. Dopiero potem złorzeczyły na męską część grupy. Ale o tym też trochę później.
Po godzinie (o ile Chasdija się nie myli, było coś około pierwszej w nocy) wszyscy zgadują się przy przystanku, by pomyśleć nad tym, co dalej, bo nikt Pawła nie odnalazł. Po krótkiej wymianie zdań, do dzieła wchodzą telefony, nawołując bliższych i dalszych kolegów, którzy musieli zerwać się z ciepłego wyrka i jechać 20 km, bo się biedny Pawełek zgubił. Po jakimś czasie gromada rozrosła się do 10 osób. I znów podział na mniejsze grupki i znów dziewczyny pozostały we dwie, same.
Jedna grupa poszła powydzierać się nad stawami, druga w park (gdzie jeden z chłopaków sobie portki o chaszcze podarł, a drugi zmoczył w błocie buty), trzecia wyruszyła w stronę lasu (alkohol dał im odwagi, bo, jak potem mówili, o pierwszej w nocy na trzeźwo to by się w takie miejsce nigdy nie puścili). Czwarta poszła w stronę tego nawiedzonego budynku. Obeszli go dookoła. Światło nadal się paliło. Myśleli, że to zguba się odnalazła i zaczęli go nawoływać (zapomnieli o wcześniejszym zastanawianiu się nad tym, czy aby tam jakieś duchy nie mieszkają). Światło, jakby wydawane jakąś lampką, to unosiło się nieomal pod sam sufi, to opadało do samej podłogi, nie wydając żadnego hałasu. To znów zaczęło kołować i bujać się w obie strony. W końcu chłopcy troszkę oprzytomnieli, przypomnieli sobie o rozmowach w sprawie nawiedzenia i szybko się stamtąd zmyli.
Piąta grupa, w składzie Chasdija i jej siostra, wyruszyli drogą w stronę miasta. Idą tak i idą, wydzierając się, nawołując Pawła, jednocześnie na niego złorzecząc. I tak przeszli kilka kilometrów. Aż nagle Chasdija usłyszała tajemnicze kasłanie. Panika pojawiła się w oczach dziewczyn. Ciemność, wieś i zero domów dookoła. Wiadomo z czym to się kojarzy. Zrobiły więc nawrót na pięcie, wracając prawie że biegiem do pozostałych. Siostra zaczyna dzwonić do jednego z kolegów. Chasdija słyszy tekst:
"Do cholery jasnej... Gdzie jesteście?... No to ruszcie dupy, bo tu ktoś idzie i kaszle... No skąd, do jasne cholery, mamy wiedzieć?... No żesz kur***! Pospieszcie się!".
Minęło około trzech minut, gdy podjechał samochód. Biedaczki weszły do środka. Szybko jednak doszły do wniosku, by kierowca jechał dalej tą drogą, bo to może Paweł się szlaja.
I tak jak mówiły, Paweł, z kapturem na głowie, wlekąc noga za nogą, człapał w kierunku centrum wioski. Wszyscy wyszli z samochodu, by nawrzeszczeć na chłopaka, który i tak przecież nie wiele z tego zapamiętał. Otoczony przez dwóch chłopaków i dwie dziewczyny, Paweł zaczął powtarzać, że chce wracać do domu i znów kieruje swe kroki w stronę miasta. Chasdija przerażona, chcąc go doprowadzić do jakiej takiej świadomości, popycha go do tyłu, ze słowami: "Ani mi się, do cholery, śnij". Zrobiła to jednak tak nieszczęśliwie, że odpychając chłopaka, odbiła się od niego i wpadła do rowu znajdującego się kilka kroków za nią. Coś jej w kolanie przeskoczyło, tak że nie mogła nawet się ruszyć. Z pomocą męskich dłoni wydostała się jednak i dokuśtykała do samochodu, z którego widziała dalszy rozwój wydarzeń. Podjechał kolejny samochód, który był prowadzony przez brata Pawła. Wepchnięto zgubę do jego środka, wcześniej uparcie odmawiając jej papierosa. Siostra Chasdiji jeszcze nie raz targnęła nim o auto, bo złość musiała się jakoś z jej ciała wydostać.
W końcu jakoś się wszystko ogarnęło. Paweł został odwieziony do domu, pozostali też poodjeżdżali w sobie tylko znanych kierunkach. Tylko jeden z kolegów odwiózł dziewczyny pod dom Chasdiji. Oczywiście Chasdija z łzami z bólu doczołgała się do swego pokoju (znajdującego się na pięterku), gdzie z ulgą zasnęła. A obok niej zasnęła jej siostra... Z nie mniejszą ulgą.
Następnego dnia z łóżek zwlokły się dwa zgony, ledwie utrzymujące się na nogach.
I ta kwestia: "TO BYŁ CZAAAAD".
Takich rzeczy się nie zapomina. Chasdija na pewno nie zapomniała, bo jeszcze do dziś dnia ma spuchnięte kolano.
Ale nie żałuje, bo będzie miała co potem bratankowi opowiadać.
Tyle tylko, że następnego dnia, wieczorem, Paweł przyjechał do Chasdiji i siostry razem z kolegami.I byłoby fajnie, gdyby nie miał wszystkim za złe, że tyle rabanu narobili o nic. I jego mama się o wszystkim dowiedziała i sprała mu głowę... I wszyscy się teraz z niego śmieją. I w ogóle, to niepotrzebnie wszyscy go szukali.
A wszyscy stali, patrzyli się na niego i nie rozumieli. Bo każdy bał się, że coś sobie zrobił, coś mu się stało. I nikt nie mógłby w spokoju zasnąć, wiedząc, że on gdzieś tam włóczy się po obcej dla siebie wsi.
I nie powiedział nawet zwykłego, miłego: "Dziękuję".
Bo ludzie są czasami tak bardzo niewdzięczni.
sobota, 24 listopada 2012
sobota, 13 października 2012
Chasdija a dzieci
Chasdija, odkąd pamięta, nie lubiła dzieci. Nie lubiła noworodków, niemowlaków, przedszkolniaków i szkolniaków. Dla Chasdiji takie dzieci kojarzyły się z ciągłym płaczem, nie wiadomo poco i na co, obchodzeniem się jak z przysłowiowym jajkiem i niezrozumieniem dzieci, jako takich. I Chasdija wciąż powtarzała, że nie wyobraża sobie mieć własnego berbecia. "Nie - mówiła Chasdija - To nie dla mnie. Ja wolę dorosłych, po wiadomo co i jak i w pampersy nie robią".
Ale pewnego dnia, niecały rok temu, a dokładniej 1 listopada 2011 roku przyszedł na świat Kacper. Nie... To nie syn Chasdiji, ale jej bratanek, który odmienił jej cały pogląd na temat niemowlaków i, ogólnie rzecz ujmując, dzieci.Nie... Chasdija nadal nie chce mieć własnego malca, ale to tylko taka mała niedogodność.
Kacper jest dzieckiem... hm... słodkim, kochanym, zabawnym, radującym serce Chasdiji i raniącym je, gdy przez dwa dni nie widzi tych jasnych włosków i... zajebistych oczu... Bo oczy Kacper ma tak przecudne, że mogłaby Chasdija się w nie godzinami patrzeć.
Dlaczego jest kochany? Bo zawsze się cieszy, gdy zobaczy Chasdije po całodniowej jej nieobecności. Bo gdy jest zmęczony i znajduje się na rękach Chasdiji, przytuli się do niej i... i tak słodko zasypia. Bo gdy Chasdija udaje, że płacze, bo młody przypadkiem palnął ją ręką w głowę, to tak się na nią patrzy, jakby sam miał zaraz zacząć łkać. Bo gdy Chasdija weźmie go na ręce, to tak słodko się uśmiecha, jakby mówił, że bardzo kocha Chasdije i nie wyobraża sobie dnia bez niej.
Dlaczego jest zabawny?
Gdybyście zobaczyli go w akcji... To jak tańczy, to jak zachowuje się, jak Chasdija opowiada mu książeczkę, to jak włączy sobie sam (przy niewielkiej pomocy Chasdiji) światło i czekać na "mig-mig-mig", jak na sam odgłos samochodu reaguje swoim "brrrrrr", w które wkłada tyle serca i siły, to jak nauczył się "muuuu", choć sam ogranicza się do prostszego "mmmmmm" i odpowiada tym odgłosem na każde pytanie o to, jak robi dane zwierzę, to jak wydaje odgłosy, które zwykły człowiek nie jest w stanie wytworzyć swym aparatem mowy, a które mu przychodzą z taką prostotą, gdy Chasdija mu pampersa zmienia, to jak godzinami potrafi stać przy szafce i zachwycać się tym, że może otwierać i zamykać jej drzwiczki, to jak zasuwa w chodaku po pokojach, nie zważając na wszelkie przeszkody, bo i po co, to jak daje w swój specyficzny sposób oznaki, że już się obudził, a nikt nie zajrzał jeszcze do jego, przymkniętego pokoiku, to jak celuje pilotem w stronę telewizora i spogląda z niezrozumieniem na Chasdiję, bo przecież powinien kanał się zmieniać, ale to, że zapomina guzik odpowiedni nacisnąć, to już nie ważne, to jak przykłada sobie telefon w okolice ucha, udając, że słucha i to jak widzi nową zabawkę...
Kacper jest też pełen paradoksów:
- dajesz mu zabawkę z pudełkiem, po czym on po chwili odrzuca zabawkę, bo przecież opakowanie jest bardziej interesujące,
- idziesz z nim na zjeżdżalnie i podczas gdy inne dzieci cieszą się bardziej gdy zjeżdżają po nie, Kacper najbardziej uhahany jest, gdy go tatuś na nią wprowadza,
- każdy normalny dzieciak powinien bardziej koncentrować się na TV, gdy mu migają obrazki, ale Kacper jest inny... On woli, gdy na ekranie ukazuje się niebieskie tło z żółtymi literkami "signal = 0",
- i wiele, wiele innych.
Na prawdę... Chasdija pokochała młodego, jak własne dziecko. I Chasdija zmieniła zdanie odnośnie malców. Już nie są oni dla niej tacy tajemniczy, odstraszający.
Chasdija kocha dzieci... Ale i tak na własne nie zdecyduje się nigdy :)
Ale pewnego dnia, niecały rok temu, a dokładniej 1 listopada 2011 roku przyszedł na świat Kacper. Nie... To nie syn Chasdiji, ale jej bratanek, który odmienił jej cały pogląd na temat niemowlaków i, ogólnie rzecz ujmując, dzieci.Nie... Chasdija nadal nie chce mieć własnego malca, ale to tylko taka mała niedogodność.
Kacper jest dzieckiem... hm... słodkim, kochanym, zabawnym, radującym serce Chasdiji i raniącym je, gdy przez dwa dni nie widzi tych jasnych włosków i... zajebistych oczu... Bo oczy Kacper ma tak przecudne, że mogłaby Chasdija się w nie godzinami patrzeć.
Dlaczego jest kochany? Bo zawsze się cieszy, gdy zobaczy Chasdije po całodniowej jej nieobecności. Bo gdy jest zmęczony i znajduje się na rękach Chasdiji, przytuli się do niej i... i tak słodko zasypia. Bo gdy Chasdija udaje, że płacze, bo młody przypadkiem palnął ją ręką w głowę, to tak się na nią patrzy, jakby sam miał zaraz zacząć łkać. Bo gdy Chasdija weźmie go na ręce, to tak słodko się uśmiecha, jakby mówił, że bardzo kocha Chasdije i nie wyobraża sobie dnia bez niej.
Dlaczego jest zabawny?
Gdybyście zobaczyli go w akcji... To jak tańczy, to jak zachowuje się, jak Chasdija opowiada mu książeczkę, to jak włączy sobie sam (przy niewielkiej pomocy Chasdiji) światło i czekać na "mig-mig-mig", jak na sam odgłos samochodu reaguje swoim "brrrrrr", w które wkłada tyle serca i siły, to jak nauczył się "muuuu", choć sam ogranicza się do prostszego "mmmmmm" i odpowiada tym odgłosem na każde pytanie o to, jak robi dane zwierzę, to jak wydaje odgłosy, które zwykły człowiek nie jest w stanie wytworzyć swym aparatem mowy, a które mu przychodzą z taką prostotą, gdy Chasdija mu pampersa zmienia, to jak godzinami potrafi stać przy szafce i zachwycać się tym, że może otwierać i zamykać jej drzwiczki, to jak zasuwa w chodaku po pokojach, nie zważając na wszelkie przeszkody, bo i po co, to jak daje w swój specyficzny sposób oznaki, że już się obudził, a nikt nie zajrzał jeszcze do jego, przymkniętego pokoiku, to jak celuje pilotem w stronę telewizora i spogląda z niezrozumieniem na Chasdiję, bo przecież powinien kanał się zmieniać, ale to, że zapomina guzik odpowiedni nacisnąć, to już nie ważne, to jak przykłada sobie telefon w okolice ucha, udając, że słucha i to jak widzi nową zabawkę...
Kacper jest też pełen paradoksów:
- dajesz mu zabawkę z pudełkiem, po czym on po chwili odrzuca zabawkę, bo przecież opakowanie jest bardziej interesujące,
- idziesz z nim na zjeżdżalnie i podczas gdy inne dzieci cieszą się bardziej gdy zjeżdżają po nie, Kacper najbardziej uhahany jest, gdy go tatuś na nią wprowadza,
- każdy normalny dzieciak powinien bardziej koncentrować się na TV, gdy mu migają obrazki, ale Kacper jest inny... On woli, gdy na ekranie ukazuje się niebieskie tło z żółtymi literkami "signal = 0",
- i wiele, wiele innych.
Na prawdę... Chasdija pokochała młodego, jak własne dziecko. I Chasdija zmieniła zdanie odnośnie malców. Już nie są oni dla niej tacy tajemniczy, odstraszający.
Chasdija kocha dzieci... Ale i tak na własne nie zdecyduje się nigdy :)
niedziela, 26 sierpnia 2012
Bodziec podprogowy - to boli...
Chasdija jest uodporniona na wszelkie bodźce podprogowe. To
znaczy… Chasdija ma nadzieję, że jest na nie uodporniona, bo jak można
stwierdzić, czy jest się na coś uodporniony, jeśli się nie jest nawet świadom
tego, że jakiekolwiek zagrożenie jest jak najbardziej realne i odgrywa się
właśnie w tym momencie.
Ale Chasdija święcie w to wierzyła, aż do czasu…
Ostatnio Chasdija patrzyła się na film. Tak! Chasdija
patrzyła się na film! To znaczy czytała książkę na kompie, a film jej koło ucha
brzęczał. Bo był całkiem fajny (ten film), ale książka była równie, jak i nie
bardziej, ciekawa. Nie wiedziała co wybrać, więc składając wszystko w ręce
kobiecej podzielności uwagi, postanowiła złapać na raz dwie sroki za ogon… albo
upiec dwie pieczenie na jednym ogniu. No i tak czyta książkę i czyta… i czyta…
I nagle bezwiednie spojrzała w ekran telewizora i wyprostowała się przy biurku
jak struna. To znaczy plecy wyprostowała, nogi nadal zgięte w kolanach były.
Powiecie pewnie, że nic w tym dziwnego. Ot… każdy się
przecież prostuje… Jakoś tak samo przychodzi.
Niby tak, ale następnego dnia była powtórka tego samego
filmu. Chasdija cała w skowronkach zasiadła za TV, bo ostatecznie podczas
premierowego pokazu i tak przeważającą większość swej uwagi poświęciła
czytaniu. I patrzy się… i patrzy… i patrzy… I nagle widzi fragment, który zdał
jej się dziwnie znajomy. Ot rodzina zasiadła podczas obiadu przy stole i,
podczas wymiany zdań między domownikami, padają słowa ojca do młodszego syna:
„Wyprostuj się. Nie powinieneś garbić się przy stole.”
„Wyprostuj się. Nie powinieneś garbić się przy stole.”
I wtedy Chasdiję coś oświeciło. Wiedziała już, skąd znała
tren fragment i dlaczego poprzedniego dnia poczuła nagle wielką ochotę
wyprostować się podczas korzystania z komputera.
I Chasdija posmutniała, bo jej pewność na temat odporności
na bodźce podprogowe wydała się co najmniej aż nazbyt naciągana.
Może to nie był taki
zupełny bodziec podprogowy, ale coś w tym było. Bo Chasdija nie była świadoma
ani tego na co patrzy, ani tego co słyszy.
Chasdija oparła głowę na splecionych dłoniach i wyjrzała
przez okno.
„Już nigdy nie pójdę do żadnego kina” – pomyślała. Po chwili
dodała: „Ani nie będę oglądać telewizji, ani radia słuchać, ani żadnej muzyki”.
Ostatecznie jednak pokręciła głową. „To może od razu przestanę oddychać” –
westchnęła, po czym znów skupiła swój wzrok na 21’ ekranie swego TV.
A tak odchodząc od tematu.
Wiecie jak powstaje efekt dejavu?
Tak? No to możecie odpuścić sobie resztę notki. Albo nie…
Doczytajcie do końca. Może ostatecznie jeszcze jakieś bardziej logiczne
wytłumaczenie macie, którym podzielicie się z Chasdiją.
Otóż, człowiek ma parę oczu, co nie jest niczym
nadzwyczajnym. I każde oko odbiera informację z otoczenia w odrobinę innym
czasie. Kwestia zapewne kilku mini sekund. I gdy jedno oko już przesłało
informację, która doleciała do mózgu i została odebrana, lecz pozostała w
naszej podświadomości, zaraz zostaje przez mózg przyjęty obraz z drugiego oka,
który trafia bezpośrednio do naszej świadomości. W tym momencie człowiek zastanawia
się, czy aby nie przeżywał kiedyś już podobnej chwili. Odpowiedź jest prosta…
Przeżywał ją, ale wpierw w podświadomości, a dopiero potem całkowicie
świadomie.
Chasdija zastanawia się, czy aby zapisała to w miarę zrozumiale.
No cóż… Chasdija przecież pisała, że użyje swego własnego języka.
Nie pisała? Hm… To chyba ciut za późno na takie poprawki ;)
Nie pisała? Hm… To chyba ciut za późno na takie poprawki ;)
niedziela, 12 sierpnia 2012
Mars - i???
Chasdija patrzyła się ostatnio na wiadomości. Tak się zastanowić, to Chasdija patrzy się na te wiadomości coraz częściej. Ma już swoje lata, tak... Ale to chyba nie oznacza, że musi zaraz wpadać ze swoimi kopytami w świat dorosłych, gdzie wciąż jakieś afery, morderstwa, kradzieże i oszczerstwa. No ale nie ważne. Nie o tym miało tu być.
Więc Chasdija patrzyła się na te wiadomości, w których znów podawali informację o wylądowaniu na Marsie łazika. No cóż... Wielkie uniesienie i radocha astronomów. Kolejny krok ludzkości... czy jakoś tak. Ale Chasdija nie czuła się wcale jakoś inaczej, nie czuła się podniecona i nie poczuła wcale krwi tętniącej jej w żyłach. Ba! Nie poczuła nawet bicia swego serca, więc szybko sprawdziła ręcznie swoje tętno. Było i to całkiem spokojne. A więc żyje. Dobra nowina dla niej samej, gorsza dla tych, co to mają już jej dosyć (pozdrowienia dla nich).
Zaczęło więc zastanawiać ją, dlaczego nie reaguje tak, jak, zdawać by się mogło, powinien reagować każdy Ziemianin.
Dowiedziała się już chwilę później, gdy zaczęto podawać informację o kolejnych tragediach, które nie miały miejsca ani na Marsie, ani na Księżycu, ani na innej obcej planecie, ale na samej Ziemi. I Chasdija już wiedziała!
Bo ludzie, zdaniem Chasdiji, są dość dziwni. Nie potrafią zająć się jednym problemem i doprowadzić go do pozytywnego rozwiązania, lecz łapią się za wszystko na raz i za chust nie potrafią potem tego wszystkiego ogarnąć. Zamiast uporządkować sprawy na własnej planecie, rwą się do podbijania kosmosu.
I po co to w ogóle? Żeby skolonizować Marsa? Marsa - miejsce, gdzie trzeba będzie przystosowywać ziemię i atmosferę do jakiegokolwiek użytkowania. Po co nam takie wyzwania, skoro równie dobrym wyzwaniem może być próba dostosowania terenów Afryki, gdzie susza panuje, głód i malaria. Jak się z tym ziemianie uporają, to... proszę bardzo. Mogą sobie nawet samo Słońce kolonizować.
Ale jak już zostało tu wspomniane, a teraz zostanie sparafrazowane: ludzie hołdują jednej pseudoprawdzie - nie liczy się jakość, a ilość.
I znów się okaże, że ziemianie wylądują z ręką w nocniku.
Ale tym już Chasdija się nie martwi, bo Chasdija wieczna nie jest i pewnie już nie dożyje do dnia, w którym zaczną się ukazywać skutki lekkomyślnego zachowania ówczesnych ludzi.
Chasdija ostatecznie przełączyła na inny program, gdzie z wielką powagą tłumaczono kolejne etapy powstawania zapałek.
"No cóż - pomyślała Chasdija. - Z zapałkami mam częściej do czynienia niż z Marsem".
Dowiedziała się już chwilę później, gdy zaczęto podawać informację o kolejnych tragediach, które nie miały miejsca ani na Marsie, ani na Księżycu, ani na innej obcej planecie, ale na samej Ziemi. I Chasdija już wiedziała!
Bo ludzie, zdaniem Chasdiji, są dość dziwni. Nie potrafią zająć się jednym problemem i doprowadzić go do pozytywnego rozwiązania, lecz łapią się za wszystko na raz i za chust nie potrafią potem tego wszystkiego ogarnąć. Zamiast uporządkować sprawy na własnej planecie, rwą się do podbijania kosmosu.
I po co to w ogóle? Żeby skolonizować Marsa? Marsa - miejsce, gdzie trzeba będzie przystosowywać ziemię i atmosferę do jakiegokolwiek użytkowania. Po co nam takie wyzwania, skoro równie dobrym wyzwaniem może być próba dostosowania terenów Afryki, gdzie susza panuje, głód i malaria. Jak się z tym ziemianie uporają, to... proszę bardzo. Mogą sobie nawet samo Słońce kolonizować.
Ale jak już zostało tu wspomniane, a teraz zostanie sparafrazowane: ludzie hołdują jednej pseudoprawdzie - nie liczy się jakość, a ilość.
I znów się okaże, że ziemianie wylądują z ręką w nocniku.
Ale tym już Chasdija się nie martwi, bo Chasdija wieczna nie jest i pewnie już nie dożyje do dnia, w którym zaczną się ukazywać skutki lekkomyślnego zachowania ówczesnych ludzi.
Chasdija ostatecznie przełączyła na inny program, gdzie z wielką powagą tłumaczono kolejne etapy powstawania zapałek.
"No cóż - pomyślała Chasdija. - Z zapałkami mam częściej do czynienia niż z Marsem".
sobota, 28 lipca 2012
Teorie spiskowe? Buahahahaha :D
Powiedzcie mi, o co chodzi z tą manią na teorie spiskowe? Bo w sumie to już jest tak śmieszne, że aż przestaje być śmieszne... albo na odwrót.
Znacie to?
- NWO,
- Blue Beam,
- Chemtrails,
oraz nasza rodzima, Polska teoria pod nazwą: "A w 43 s. słychać strzały"?
Na prawdę strach się bać, jak tak się w to wszystko człowiek wsłucha.
Kiedyś tak nie było. I wiem, co teraz pomyślą osoby, które jednak w tego typu "prawdy" wierzą:
"Nie było? NIE BYŁO? Ależ owszem, że oczywiście, że ależ nie masz racji, że było, tylko wiesz... jedynym masmedium była poczta pantoflowa, szumiące radio i cenzurowana telewizja. Teraz mamy nasz ukochany, uwielbiony, nieomylny, boski internet i żadne spiski nie są w stanie się ukryć przed wypłynięciem do umysłów wszystkich ludzi, nawet tych mieszkających w plemionach amazońskich."
No i jak tu się nie zgodzić z takimi torami myślenia?
Dobrze więc... Nie będę się sprzeczać, bo... nie mi się sprzeczać... MI! Posłusznej wam i uniżonej blogerce, która przecież ma zaledwie dwadzieścia...coś lat i jeszcze gó*** widziała i gó*** wie.
A teraz spróbujemy obalić. na mój światowy umysł, te wszystkie bajki konspiracyjne.
NWO - Nowy Porządek Świata...
Nie wiem jak to obalić, bo jak można obalić np. teorie o zamieszkiwaniu naszych pięknych lasów przez smerfy?
Albo inaczej. Obalmy to tak po ludzkiemu, albo jeszcze inaczej... po Chasdijemu ;)
Po cholerkę tym ludziom władza nad nami, zwykłymi szarakami? No po co?
Pieniądze? I tak mają tyle pieniędzy, że nasze marne 1200 zł miesięcznie wydaje się za pewne dla nich śmieszne.
Władanie nami, byśmy im tyłki lizali?
Buahahahaha! Widzieliście wy kiedyś pospolitego Polaka liżącego komuś tyłek? Nie chodzi tu o szefa z pracy, czy kogoś w tym stylu, bo to w sumie nie jest takie lizanie dla lizania, ale lizanie by tego szefa udobruchać, a potem dostać wymarzoną podwyżkę. Czyli znów to ten szarak jest górą.
A poza tym... chcielibyście mieć wszystkich ludzi pod swą stopą? Co to za radocha? Banda wrzeszczących, kłócących się o wszystko człowieczków. No chyba, że NWO chce się nas pozbyć. To zmienia postać rzeczy. Ale tylko o odrobinkę, bo gdyby już ktoś chciał nas wszystkich wyplenić, to dawno by to zrobił, bo za pewne już nie jedno państewko ma takie zaplecze nuklearne, że nie tylko Ziemia by poleciała, ale i o sąsiednie planety by targnęło.
I druga rzecz: nie wiem, po co im świat bez ludzi i zwierząt (bo i im by się pewnie oberwało)? Widzicie w tym jakiś cel? Skoro już tak wielką władzę mają, to po co to wszystko zmieniać?
Nie widzę sensu. Ale to wyłącznie zdanie waszej uniżonej Chasdiji.
Blue Beam
To już w ogóle wymiata... Poza tym, że na YT jest pełno filmów, z których to 99,5% powstało przy "skromnym" udziale photoshopa bądź innego programu do korekcji grafiki bądź też filmów.
Moje ulubione stwierdzenie, którego się naczytałam od chorobci i ciut ciut: Blue Beam w ostatniej fazie ma spowodować, że na niebie pojawi się twarz Jezusa, mająca przekonać ludzi do Dnia Ostatecznego - Ponownego Nadejścia Zbawiciela.
Aha... Ok... Wątpię, że się na to zgodzą inne religie, dla których Jezus nie ma większego znaczenia. Jest duża szansa, że wyniuchają w tym podstęp (jak już by on nastąpił).
Odpowiedz:
Znacie to?
- NWO,
- Blue Beam,
- Chemtrails,
oraz nasza rodzima, Polska teoria pod nazwą: "A w 43 s. słychać strzały"?
Na prawdę strach się bać, jak tak się w to wszystko człowiek wsłucha.
Kiedyś tak nie było. I wiem, co teraz pomyślą osoby, które jednak w tego typu "prawdy" wierzą:
"Nie było? NIE BYŁO? Ależ owszem, że oczywiście, że ależ nie masz racji, że było, tylko wiesz... jedynym masmedium była poczta pantoflowa, szumiące radio i cenzurowana telewizja. Teraz mamy nasz ukochany, uwielbiony, nieomylny, boski internet i żadne spiski nie są w stanie się ukryć przed wypłynięciem do umysłów wszystkich ludzi, nawet tych mieszkających w plemionach amazońskich."
No i jak tu się nie zgodzić z takimi torami myślenia?
Dobrze więc... Nie będę się sprzeczać, bo... nie mi się sprzeczać... MI! Posłusznej wam i uniżonej blogerce, która przecież ma zaledwie dwadzieścia...coś lat i jeszcze gó*** widziała i gó*** wie.
A teraz spróbujemy obalić. na mój światowy umysł, te wszystkie bajki konspiracyjne.
NWO - Nowy Porządek Świata...
Nie wiem jak to obalić, bo jak można obalić np. teorie o zamieszkiwaniu naszych pięknych lasów przez smerfy?
Albo inaczej. Obalmy to tak po ludzkiemu, albo jeszcze inaczej... po Chasdijemu ;)
Po cholerkę tym ludziom władza nad nami, zwykłymi szarakami? No po co?
Pieniądze? I tak mają tyle pieniędzy, że nasze marne 1200 zł miesięcznie wydaje się za pewne dla nich śmieszne.
Władanie nami, byśmy im tyłki lizali?
Buahahahaha! Widzieliście wy kiedyś pospolitego Polaka liżącego komuś tyłek? Nie chodzi tu o szefa z pracy, czy kogoś w tym stylu, bo to w sumie nie jest takie lizanie dla lizania, ale lizanie by tego szefa udobruchać, a potem dostać wymarzoną podwyżkę. Czyli znów to ten szarak jest górą.
A poza tym... chcielibyście mieć wszystkich ludzi pod swą stopą? Co to za radocha? Banda wrzeszczących, kłócących się o wszystko człowieczków. No chyba, że NWO chce się nas pozbyć. To zmienia postać rzeczy. Ale tylko o odrobinkę, bo gdyby już ktoś chciał nas wszystkich wyplenić, to dawno by to zrobił, bo za pewne już nie jedno państewko ma takie zaplecze nuklearne, że nie tylko Ziemia by poleciała, ale i o sąsiednie planety by targnęło.
I druga rzecz: nie wiem, po co im świat bez ludzi i zwierząt (bo i im by się pewnie oberwało)? Widzicie w tym jakiś cel? Skoro już tak wielką władzę mają, to po co to wszystko zmieniać?
Nie widzę sensu. Ale to wyłącznie zdanie waszej uniżonej Chasdiji.
Blue Beam
To już w ogóle wymiata... Poza tym, że na YT jest pełno filmów, z których to 99,5% powstało przy "skromnym" udziale photoshopa bądź innego programu do korekcji grafiki bądź też filmów.
Moje ulubione stwierdzenie, którego się naczytałam od chorobci i ciut ciut: Blue Beam w ostatniej fazie ma spowodować, że na niebie pojawi się twarz Jezusa, mająca przekonać ludzi do Dnia Ostatecznego - Ponownego Nadejścia Zbawiciela.
Aha... Ok... Wątpię, że się na to zgodzą inne religie, dla których Jezus nie ma większego znaczenia. Jest duża szansa, że wyniuchają w tym podstęp (jak już by on nastąpił).
Odpowiedz:
>> Specjalne fale będą przedostawać się do naszych mózgów tak, że każdy człowiek <<
>> będzie widział bezpośrednio w swym umyśle obraz boga <<
>> odpowiadającego jego wierze. <<
No ok. Człowiek potrafi tak zamotać, że i tak wyjdzie na swoje. Ale... Co jeśli chodzi o Ateistów? Albo ludzi wierzących w Latającego Boga Spaghetti (RAMEN BRACIA!)? Oj... Będzie się działo.
I do cholerci ciekawe co mi się ukaże? Znając moją inteligencje, to będzie tam tylko Wielka, Czarna Dziura, w skrócie WCD.
I do cholerci ciekawe co mi się ukaże? Znając moją inteligencje, to będzie tam tylko Wielka, Czarna Dziura, w skrócie WCD.
Zawsze mogą zafundować nam film w 3D pod nazwą "Najazd Kosmitów".
Ale i tu mam słaby punkt.
Pytanie finałowe:
W jak długim czasie ludzie zorientują się, że to bujda, przyjmując (choć to pewna pewność), że śmiercionośne lasery (będące hologramem) nie będą w stanie niczego zniszczyć, a i kosmici będą jacyś tacy... nie dotykliwi? (Słowo niedotykani jakoś mi tu nie pasowało).
Pytanie finałowe:
W jak długim czasie ludzie zorientują się, że to bujda, przyjmując (choć to pewna pewność), że śmiercionośne lasery (będące hologramem) nie będą w stanie niczego zniszczyć, a i kosmici będą jacyś tacy... nie dotykliwi? (Słowo niedotykani jakoś mi tu nie pasowało).
Odp:
a) 12 h
b) 1 dzień
c) 2 dni
d) 3 dni.
Więc... Jakoś tak nie widzę sensownego wytłumaczenia zaistnienia tego spisku.
Następny punkt: Chemtrails.
Jestem kiepską fizyczką i jakoś te tematy mnie nie kręcą, ale o ile mi wiadomo, jak jakiś samolot leci, to coś tam się w nim spalać musi, a jak ta para (lub jak to tam inaczej nazwać) wydostaje się na zewnątrz (bo wydostać się musi, żeby wielkiego BUM nie było), to się skrapla i tworzy coś na kształt chmury. A że samoloty zazwyczaj lecą w linii prostej od pkt. A do pkt. B, i w barach nie są aż tak wielkie, by całe niebo zająć, to później pozostają po nich długie, białe obłoki.
Nie wierząc w moje wytłumaczenie, to mogę zaoferować opcję, że PKS-y też są w ten cały spisek włączone, bo jak się tuż za nimi jedzie, to widać szarą chmurę wydobywającą się z rury wydechowej. W dodatku chmura ta capi tak, że natychmiast okna w samochodzie otworzyć trzeba, bo inaczej wymioty gwarantowane.
A że chmury czasami dziwnie wyglądają?
Odkąd pamiętam, na niebie czasami pojawiały się, pojawiają się i za pewne pojawiać się będą dziwno kształtne obłoki. Tam u góry nie ma żadnej formy na tego typu skupiska skroplonej pary wodnej, żeby co dzień, wyglądając przez okno, widzieć obłoki o rozmiarach 12x14x82. A jeśli by tam mieli takie coś, to bym była bardzo zła, bo szybko zrezygnować bym musiała z wysiadywania godzinami na łące i patrzenia się w niebo.
I teoria spiskowa no 4: "W 43 s. słychać strzały", czyli Spisek Smoleński.
Do dziś jak wychodzę na zewnątrz i widzę mgłę, to się staram wzrok wyostrzyć, bo wiem... wiem, że gdzieś tam za krzakami stoi banda Rosjan i mi tu brudzi na mojej wsi.
No i ta tajemnicza ręka, która macha do kamerzysty...
Moja odpowiedź?
Buahahahahahahahahahahahahaha...haha...haha...
Buahahahahahahahahahahahahaha...haha...haha...
Żeby ludzkiej ręki od gałęzi nie odróżnić, to już trzeba być albo ślepym, albo całkowitym ignorantem, który widzi to, co chce widzieć.
Ten filmik krążący po necie w tamtym okresie... Nie wiem, ale jakby tego nie przybliżali, nie brali na podczerwień, albo co innego, to i tak nie widziałam tego, co prawdopodobnie powinnam zobaczyć.
No dobra... W sumie to ja tu noszę okulary. Mea culpa!
Nie wiem... Może to ja już jestem tak na maxa osobą nie wierzącą, że takie teorie mnie nie powalają, ale...
Ludzie... Ogarnijcie się, bo inaczej będziemy się bać w własnych domów wychodzić, bo a nóż za rogiem naszego domu czekać na nas będą panowie w czarnych garniturach, z czarnymi okularami i mrygający nam czymś po oczach z kwestią, że to wszystko się nie wydarzyło, a nasze życie to wyłącznie sen... zły sen...
czwartek, 12 lipca 2012
Nie jest źle, bo przecież kiedyś...
Może się to wydać dziwne. Ba! Na pewno takie się to wyda. W końcu żyjemy w czasach, w których dotykanie spraw tabu równa się z naumyślnym zgłoszeniem się na lincz i wetknięcie na bambusowy kij!
Zdarza się... Trzeba czasami wetknąć kij w mrowisko, choćby tylko po to, by zobaczyć, czy mrówki nadal zachowują się w taki sam sposób jak kilka miesięcy wcześniej.
Więc wtykam ten kij, tylko że... tak delikatnie z boku. W końcu samobójczynią nie jestem.
Zacznę więc od tego, że wraz z wiekiem na człowieka spada coraz to więcej problemów i to problemow z każdym rokiem coraz bardziej poważnych.
Ktoś pewnie powie, że nic nadzwyczajnego, że przecież życie na tym właśnie polega, by te problemy pokonywać. Kolejne gadanie z cyklu: życie jest piękne, a te złe chwile są tylko po to, by jeszcze bardziej nas uświadomić, że życie jest piękne.
Jaki jest sens w takim stwierdzeniu?
Moim skromnym zdaniem, żaden. Ale nie o tym chciałam teraz pisać.
Wracam więc do przerwanego wątku...
Mam już te swoje dwadzieścia...coś lat i... zjechaną psychikę. Znaczy nie wykryto u mnie żadnej paranoi (depresja dwubiegunowa to nie paranoja) i ogólnie IQ mam w normie, a nawet w tej lepszej połowie normy.
Mam znajomych, mam rodzinę, mam nawet szynszyla... Jest jak jest... Ale... dla mnie ta sfera zewnętrzna ma niewielkie znaczenie. Jakbym chciała, to i by mnie ludzie na rękach nosili, pisząc pieśni chwalebne na mój temat. Bo tą sferą zewnętrzną można kierować i układać ją tak, jak się tego chce.
Ale to, co jest wewnątrz nas... Te myśli, marzenia, pragnienia... To żyje swoim własnym życiem. Ktoś tylko kiedyś popchnął je w jednym z dwóch możliwych kierunków o nazwach: pesymizm i optymizm, i jakoś to się toczy.
Mnie ktoś nie tylko pchnął, ale nieomal wyrzucił na autostradę płaczu i strachu.
Mogłabym się teraz rozwodzić nad tym, kto za to wszystko jest winien, a kto nie, ale i to nie jest tematem mojego postu.
Mam w swoim życiu problemy i nie różnie się pod tym względem od was wszystkich.
Różnie się od was w inny sposób.
Jeden człowiek, patrząc na swój problem, myśli sobie: "Jakoś to będzie". Inny myśli: " Damy radę! Kto jak nie ja!". Jeszcze inny próbuje w zupełnie inny sposób sprawić, by w jego własnych oczach kłopot ten zmniejszył się do mikroskopijnego rozmiaru.
Jak ja sobie radzę z tym wszystkim?
Stoję, patrzę na mur, bądź też przepaść, który się przede mną pojawia i myślę sobie:
"Nie ma co się zamartwiać. Przecież kiedyś odejdę z tego świata i wszelkie te problemy skończą się raz na zawsze". I o dziwo, jakoś tak raźniej się wtedy czuję.
Bo taka jest prawda.
Każdy problem, każdy ból, każdy strach, każda rozpacz minie... Przestaną mieć one dla nas jakiekolwiek znaczenie. Bo człowiek nie będzie potrafił się martwić, gdy jego świadomość zniknie raz na zawsze.
Czujecie to?
Po prostu was nie ma. Nie ma tego wszystkiego, co wciąż wyciskało z was litry łez. Nie ma tego, z czym walczyliście przez całe swe życie. Nie ma już żadnych pagórków ani gór, pod które musieliście wchodzić, by ostatecznie przekonać się, że dalej są kolejne góry i to o niebo wyższe.
Czy dla tak wspaniałego uczucia, a raczej braku jakiegokolwiek uczucia, nie opłaca się pocierpieć przez to całe swoje życie?
I czy człowiek byłby szczęśliwy wiedząc, że jest nieśmiertelny?
Czy w sumie śmierć nie jest wybawieniem?
Na prawdę się cieszę, że kiedyś zamknę oczy raz na zawsze... I tylko ta myśl daje mi siły do dalszego życia.
Paradoks? Może i paradoks, ale cholernie prawdziwy.
Zdarza się... Trzeba czasami wetknąć kij w mrowisko, choćby tylko po to, by zobaczyć, czy mrówki nadal zachowują się w taki sam sposób jak kilka miesięcy wcześniej.
Więc wtykam ten kij, tylko że... tak delikatnie z boku. W końcu samobójczynią nie jestem.
Zacznę więc od tego, że wraz z wiekiem na człowieka spada coraz to więcej problemów i to problemow z każdym rokiem coraz bardziej poważnych.
Ktoś pewnie powie, że nic nadzwyczajnego, że przecież życie na tym właśnie polega, by te problemy pokonywać. Kolejne gadanie z cyklu: życie jest piękne, a te złe chwile są tylko po to, by jeszcze bardziej nas uświadomić, że życie jest piękne.
Jaki jest sens w takim stwierdzeniu?
Moim skromnym zdaniem, żaden. Ale nie o tym chciałam teraz pisać.
Wracam więc do przerwanego wątku...
Mam już te swoje dwadzieścia...coś lat i... zjechaną psychikę. Znaczy nie wykryto u mnie żadnej paranoi (depresja dwubiegunowa to nie paranoja) i ogólnie IQ mam w normie, a nawet w tej lepszej połowie normy.
Mam znajomych, mam rodzinę, mam nawet szynszyla... Jest jak jest... Ale... dla mnie ta sfera zewnętrzna ma niewielkie znaczenie. Jakbym chciała, to i by mnie ludzie na rękach nosili, pisząc pieśni chwalebne na mój temat. Bo tą sferą zewnętrzną można kierować i układać ją tak, jak się tego chce.
Ale to, co jest wewnątrz nas... Te myśli, marzenia, pragnienia... To żyje swoim własnym życiem. Ktoś tylko kiedyś popchnął je w jednym z dwóch możliwych kierunków o nazwach: pesymizm i optymizm, i jakoś to się toczy.
Mnie ktoś nie tylko pchnął, ale nieomal wyrzucił na autostradę płaczu i strachu.
Mogłabym się teraz rozwodzić nad tym, kto za to wszystko jest winien, a kto nie, ale i to nie jest tematem mojego postu.
Mam w swoim życiu problemy i nie różnie się pod tym względem od was wszystkich.
Różnie się od was w inny sposób.
Jeden człowiek, patrząc na swój problem, myśli sobie: "Jakoś to będzie". Inny myśli: " Damy radę! Kto jak nie ja!". Jeszcze inny próbuje w zupełnie inny sposób sprawić, by w jego własnych oczach kłopot ten zmniejszył się do mikroskopijnego rozmiaru.
Jak ja sobie radzę z tym wszystkim?
Stoję, patrzę na mur, bądź też przepaść, który się przede mną pojawia i myślę sobie:
"Nie ma co się zamartwiać. Przecież kiedyś odejdę z tego świata i wszelkie te problemy skończą się raz na zawsze". I o dziwo, jakoś tak raźniej się wtedy czuję.
Bo taka jest prawda.
Każdy problem, każdy ból, każdy strach, każda rozpacz minie... Przestaną mieć one dla nas jakiekolwiek znaczenie. Bo człowiek nie będzie potrafił się martwić, gdy jego świadomość zniknie raz na zawsze.
Czujecie to?
Po prostu was nie ma. Nie ma tego wszystkiego, co wciąż wyciskało z was litry łez. Nie ma tego, z czym walczyliście przez całe swe życie. Nie ma już żadnych pagórków ani gór, pod które musieliście wchodzić, by ostatecznie przekonać się, że dalej są kolejne góry i to o niebo wyższe.
Czy dla tak wspaniałego uczucia, a raczej braku jakiegokolwiek uczucia, nie opłaca się pocierpieć przez to całe swoje życie?
I czy człowiek byłby szczęśliwy wiedząc, że jest nieśmiertelny?
Czy w sumie śmierć nie jest wybawieniem?
Na prawdę się cieszę, że kiedyś zamknę oczy raz na zawsze... I tylko ta myśl daje mi siły do dalszego życia.
Paradoks? Może i paradoks, ale cholernie prawdziwy.
niedziela, 1 lipca 2012
10 prawd każdego kierowcy
1. Nikt kierowcą nie wmówi, że zielone jest zielone, a żółte - żółte. Dla nich zawsze, ale to zawsze żółte jest zielone. Taki kierowczy daltonizm.
2. Kierunkowskaz zawsze włącza się w ostatniej chwili. A nóż-widelec jeszcze zmienić zdanie się może. Po co potem mieszać w głowie kierowcy jadącemu z tyłu.
3. Ograniczenie prędkości w terenie zabudowanym do 50 km/h obowiązuje jedynie pieszych, rowerzystów i kierowców fiatów 126p.
4. Winne są zawsze obie strony: rowerzysta i pieszy. Kierowca samochodu nigdy, ale to nigdy nie popełnia błędu.
5. Na przejściu dla pieszych obowiązuje zasada: kto pierwszy ten lepszy, pod warunkiem, że siedzi on w samochodzie.
6. Kierowca w rozmowie z innymi kierowcami używa mowy dźwiękowo-migowej, czyli klaksonu i wyprostowanego, środkowego palca u dłoni.
7. Na sąsiednim pasie nigdy nie ma zbyt małej ilości miejsca, by się tam wcisnąć. Nawet, jeśli wymusi się pierwszeństwo.
8. Kierowca nigdy nie wymusza pierwszeństwa. Kierowca chce się pochwalić innemu kierowcy jaką ładną naklejkę ma na tyle.
9. Najczęstszą przyczyną kolizji jest niewytłumaczalne, niewyobrażalne i nagłe wtargnięcie czegoś lub kogoś na ulicę. Nawet jeśli jest to inwalida, drzewo, albo to coś, co rozbiło cały przód auta i uciekło.
10. Ten kto ma prawo jazdy jest władcą i królem nie tylko drogi, ale też parkingów, poboczy, parków i każdego miejsca, gdzie można się wcisnąć autem.
I nigdy chyba nie zostanę kierowcą :)
2. Kierunkowskaz zawsze włącza się w ostatniej chwili. A nóż-widelec jeszcze zmienić zdanie się może. Po co potem mieszać w głowie kierowcy jadącemu z tyłu.
3. Ograniczenie prędkości w terenie zabudowanym do 50 km/h obowiązuje jedynie pieszych, rowerzystów i kierowców fiatów 126p.
4. Winne są zawsze obie strony: rowerzysta i pieszy. Kierowca samochodu nigdy, ale to nigdy nie popełnia błędu.
5. Na przejściu dla pieszych obowiązuje zasada: kto pierwszy ten lepszy, pod warunkiem, że siedzi on w samochodzie.
6. Kierowca w rozmowie z innymi kierowcami używa mowy dźwiękowo-migowej, czyli klaksonu i wyprostowanego, środkowego palca u dłoni.
7. Na sąsiednim pasie nigdy nie ma zbyt małej ilości miejsca, by się tam wcisnąć. Nawet, jeśli wymusi się pierwszeństwo.
8. Kierowca nigdy nie wymusza pierwszeństwa. Kierowca chce się pochwalić innemu kierowcy jaką ładną naklejkę ma na tyle.
9. Najczęstszą przyczyną kolizji jest niewytłumaczalne, niewyobrażalne i nagłe wtargnięcie czegoś lub kogoś na ulicę. Nawet jeśli jest to inwalida, drzewo, albo to coś, co rozbiło cały przód auta i uciekło.
10. Ten kto ma prawo jazdy jest władcą i królem nie tylko drogi, ale też parkingów, poboczy, parków i każdego miejsca, gdzie można się wcisnąć autem.
I nigdy chyba nie zostanę kierowcą :)
sobota, 30 czerwca 2012
Może tak krótkie wprowadzonko?
Otóż... to jest mój.... któryśtam blog, z czego z 10 dawno usunęłam, kilka nadal krąży w sieci, bo na niektórych "inteligĘtnych" portalach to się bloga usunąć nie da (wiadomo... Bo to się potem przyszłym pokoleniom przydać może).
Postanowiłam więc rozpocząć pisanie tutaj, bo już na drugim moim tutejszym blogu, nie jeden ząb złamałam i jakoś tak mi podpasowało to wszystko.
A więc jestem!
I będę, niektórych pewnie tym zaskoczę, pisała tutaj.
A o czymże będziesz tu rozprawiać? - zapytacie.
A ja wam odpowiem, bo w Polsce mieszkam i prawo do wolności słowa i wypowiedzi mam.
Będę pisała o tym, co mi na żołądku leży, a co czasami do niestrawności mnie doprowadza. Ale będą też tematy dla tych, co to uważają, że życie to dobry żart i jak człowiek się nie pośmieje, to mu się dwunastnica wydłuża.
Będą tematy przyziemne i te bardziej mniej przyziemne... Będzie coś dla oka i coś dla ucha...
Konkretnie to będą się tutaj pojawiały moje myśli w formie wypoconych liter, wyrazów i zdań. I ostrzegam tylko, że to nie będzie takie, jak to się mówi, hop-sip-siup...
O nie... moi drodzy. To będzie podróż w nieznane... Podróż w jedną, wielką niewiadomą. Podróż w czarną dziurę, która pochłonąć może każdą odrobinkę siły, która jeszcze tlić się będzie w waszych ciałach. To będzie jak... podróż tramwajem bez skasowanego biletu... Jak jazda na rowerze bez siedzonka... Jak oglądanie telewizji w której nieprzerwanie, na każdym kanale leci powtórka meczu: Polska - Czechy... Jak jedzenie śliwek i popijanie ich kefirem... Jak ostatni dzień przed egzaminem z psychologii... Jak jazda samochodem po polskich drogach i to bez trzymanki...
To będzie straszne...
Być może okaże się, że pewnego dnia zajrzycie na tego bloga, a tu napis: "Blog został usunięty przez administratora z powodu zbyt silnego, negatywnego wpływu na zdrowie fizyczne i psychiczne czytelników"
A ja powiadam wam...
I przyjdzie dzień, w którym brat bratu, a siostra siostrze przekaże te słowa: "Ty... Widziałaś ten blog... chasdi... coś tam, coś tam? No ty... Czaaaad... Zajrzyj a nie pożałujesz".
I w ten czas ziemia rozstąpi się i w niebie trąby anielskie grzmieć będą, bo oto dzień sądny nastał, w którym Chasdija wiernego czytelnika zdobyła, który to do śmierci swej o niej będzie wspominać i jej zasad przestrzegać...
No to by na tyle było :) Się rozpisywać nie będę, bo mam na to niezliczoną pojemność internetu.
Pozdrawiam :)
Postanowiłam więc rozpocząć pisanie tutaj, bo już na drugim moim tutejszym blogu, nie jeden ząb złamałam i jakoś tak mi podpasowało to wszystko.
A więc jestem!
I będę, niektórych pewnie tym zaskoczę, pisała tutaj.
A o czymże będziesz tu rozprawiać? - zapytacie.
A ja wam odpowiem, bo w Polsce mieszkam i prawo do wolności słowa i wypowiedzi mam.
Będę pisała o tym, co mi na żołądku leży, a co czasami do niestrawności mnie doprowadza. Ale będą też tematy dla tych, co to uważają, że życie to dobry żart i jak człowiek się nie pośmieje, to mu się dwunastnica wydłuża.
Będą tematy przyziemne i te bardziej mniej przyziemne... Będzie coś dla oka i coś dla ucha...
Konkretnie to będą się tutaj pojawiały moje myśli w formie wypoconych liter, wyrazów i zdań. I ostrzegam tylko, że to nie będzie takie, jak to się mówi, hop-sip-siup...
O nie... moi drodzy. To będzie podróż w nieznane... Podróż w jedną, wielką niewiadomą. Podróż w czarną dziurę, która pochłonąć może każdą odrobinkę siły, która jeszcze tlić się będzie w waszych ciałach. To będzie jak... podróż tramwajem bez skasowanego biletu... Jak jazda na rowerze bez siedzonka... Jak oglądanie telewizji w której nieprzerwanie, na każdym kanale leci powtórka meczu: Polska - Czechy... Jak jedzenie śliwek i popijanie ich kefirem... Jak ostatni dzień przed egzaminem z psychologii... Jak jazda samochodem po polskich drogach i to bez trzymanki...
To będzie straszne...
Być może okaże się, że pewnego dnia zajrzycie na tego bloga, a tu napis: "Blog został usunięty przez administratora z powodu zbyt silnego, negatywnego wpływu na zdrowie fizyczne i psychiczne czytelników"
A ja powiadam wam...
I przyjdzie dzień, w którym brat bratu, a siostra siostrze przekaże te słowa: "Ty... Widziałaś ten blog... chasdi... coś tam, coś tam? No ty... Czaaaad... Zajrzyj a nie pożałujesz".
I w ten czas ziemia rozstąpi się i w niebie trąby anielskie grzmieć będą, bo oto dzień sądny nastał, w którym Chasdija wiernego czytelnika zdobyła, który to do śmierci swej o niej będzie wspominać i jej zasad przestrzegać...
No to by na tyle było :) Się rozpisywać nie będę, bo mam na to niezliczoną pojemność internetu.
Pozdrawiam :)
Subskrybuj:
Komentarze (Atom)


