Subscribe:

piątek, 5 kwietnia 2013

Porządek w pokoju

Czy wy też tak macie, że pewnego pięknego, sobotniego dnia, wstajecie z rańca i nagle wali w was takie głupie uczucie, które nie chce was opuścić, choć pragniecie wszelkimi siłami je od siebie odtrącić. Mowa o... posprzątaniu w końcu tego swojego burdelu (o pokój chodzi oczywiście). Ostatecznie więc, po długiej i jakże krwawej bitwie z tą przerażającą chęcią poskromienia bałaganu, bierzecie się za tą robotę.
Po kilku-kilkunastu-kilkudziesięciu (zależy od tego, jak zapuściliśmy nasz pokój) godzinach mordęgi przy szmacie, wszelkiego rodzaju pastach i spreyach do czyszczenia powierzchni gładkich, chropowatych i tych, których nazwy jeszcze nie wymyślono oraz odkurzaczu, padacie wyczerpani, acz szczęśliwi i dumni ze swojej roboty. Wszystko lśni jak psu... jak... słońce w środku lata, pachnie jak łąka w górach o świcie i ogólnie rzecz ujmując, gdyby w tym momencie wpadła do was perfekcyjna pani domu, dała by wam koronę dla najlepszej pani domu i przewieszkę z papieru toaletowego, a wy byście się cieszyli i płakali, jakbyście co najmniej pół miliona złotych wygrali i drugie życie gratis (i między innymi przez to, omijam ten program szerokim łukiem). Siadacie więc na fotelu, łóżku, kanapie, krześle czy co wy tam w tych swoich pokojach macie, otwieracie książkę by sobie poczytać, włączacie kompa by sobie pograć, ewentualnie idziecie się zdrzemnąć i powtarzacie sobie, że od tego właśnie momentu będziecie dbali o czystość i porządek, by przez najbliższy tydzień nie zapuścić pokoju do pierwotnego stanu, a jak nam wszystkim wiadomo, na początku był chaos. I nawet wam nieźle początkowo idzie... początkowo, to znaczy przez pierwszą godzinę. Jesteście z siebie dumni, wypinacie pierś do przodu i zastanawiacie się, czy aby nie strzelić fotki swojego małego królestwa i na fb nie wysłać (bo tam to wszystko można wstawiać, włącznie ze zdjęciem swojej rozszarpanej skarpetki noszonej przez nas przez ostatni miesiąc)... I do końca dnia (a długo tego nie zostało, bo sprzątanie było długie, żmudne i męczące) na prawdę jest czysto i wszystko ok.
I tu by można było zakończyć, ale w tym momencie wychodzi całe sedno sprawy.
Otóż po dwóch dniach, tuż po waszym powrocie ze szkoły, uczelni, pracy, etc. okazuje się, że co? No? Co się okazuje? Jak myślicie?
Otóż to!
Burdel taki sam jak przed sprzątaniem. Ba! Jeszcze gorszy niż wcześniej. A przecież tak się staraliście... Tak dbaliście o to, by każdy przedmiot odkładać na właściwe miejsce, by wycierać buty, łapcie, skarpetki, itp. przed drzwiami do waszego pokoju (bo hust, że będzie korytarz wyświechtany, grunt, że do pokoju wejdzie się już w czystym obuwiu). Na prawdę robiliście wszystko, by wasza obietnica została dotrzymana.
Ale te dwa dni... Te okropne dwa dni...
Na biurku papiery, książki, resztki po obiedzie, kolacji i śniadaniu (niekoniecznie w tej kolejności), na podłodze ciuchy, które nie nadają się do prania, ale i do szafy szkoda włożyć, żeby czyste nie wchłonęły w siebie tego nieprzyjemnego zapachu, na fotelu szesnaście skarpet i każda z innej pary, na kredensie kurz, choć wycieraliście go przecież ściereczką antykurzową, gdzieś w rogu rozwalony worek ze śmieciami, który nie utrzymał swych wnętrzności...
Musicie to przyznać...
Przegraliście z bałaganem, który niczym zły Lord Vader pokonał to... co pokonywał w kolejnych odcinkach Gwiezdnych Wojen.
Polegliście... POLEGLIŚCIE...
Ale nie martwicie się, bo za kilka dni znów sobota i duże prawdopodobieństwo na to, że znów was najdzie ochota do sprzątania.
I tak w kółko...

Czy wy też tak macie???