Subscribe:

poniedziałek, 9 maja 2016

Ach, jak to boli...

Jest poniedziałek, godzina 18:33... Zaczynam pisać tego posta. I jest mi bardzo smutno...
Wiecie dlaczego? Nie?
Bo muszę iść do pracy na noc. Ta... Zajebista sprawa, zwłaszcza, jeśli wstało się dziś o piątej rano. To na prawdę boli. Za godzinę trzeba zacząć się szykować... A potem, jak to zawsze mówimy: osiem godzin i do domu.
I chust, że zaczyna brać mnie mulenie, oczy jakby same się zamykały, a i jakoś umysł nie bardzo już wierzy w cudowną moc kawy. To przecież tylko osiem godzin! A potem powrót do mieszkania, do ciepłego łóżeczka, do snu... który, znając moje możliwości, będzie trwał jakieś cztery godziny. I tak z każdym dniem będzie coraz gorzej.
W piątkowe noce po hali nie chodzą żadni pracownicy, tylko zombie. Czas wtedy jakby nagle się zatrzymał... O czwartej patrzysz na zegarek, a tam 02:00. Dobra... Są też plusy trzeciej zmiany. Nie ma kierownika! Można puścić muzykę na komputerze i nikt nie warczy, żeby ją wyłączyć, bo się zaraz pan N doczepi. Nie trzeba też wszystkiego od razu sprzątać, bo pan Aparat zaraz zdjęcie walnie i prześle ludziom z wyższych szczebli, z dopiskiem: "Syf i kiła na montażu". Ogólnie jest luz. Wszyscy patrzą tylko na to, by zrobić normę, a reszta idzie w całkowitą odstawkę. Niby fajnie, ale to staje się niczym, gdy w głowie słychać mantrę swego mózgu: spać... spać... ciepła kołderka... wygodne łóżeczko... spać... spać...
I to przez 5 dni! Całe pięć dni!
Dobra nowina, że już niedługo wchodzimy w nasz ulubiony system pracy, nazywany przez nas "Poniedziałek, środa, piątek", nazywany przez kierownictwo "zrównoważonym systemem pracy", a potocznie nazywanym czterobrygadówką. Czytajcie: 3 dni po 12h i 3 dni wolnego. W sumie po trzech dniach na rano, są aż cztery dni laby. Sprawa super, bo więcej wolnych dni (godzinowo wychodzi mniej więcej tak samo jak w normalnym systemie pracy), więcej kasy i... w sumie to są te dwa podstawowe plusy, które nam wszystkim stanowczo wystarczą.
W ogóle, to tak spojrzeć na to wszystko, wbrew wszelkim plotkom, praca na produkcji nie jest zła. I przy normalnym nakładzie pracy zarabia się więcej niż niejeden urzędnik za biurkiem.
Tylko jest taki szkopuł... PO CO, DO CHOLERY, ROBIŁAM MAGISTERKĘ!
A... Już wiem... Jeszcze dwa latka pracy i będę miała całe 26 dni urlopu na rok w moim kochanym zakładzie. No i jak mnie wyleją, to zawsze mogę zacząć pracować w swoim zawodzie, gdzie miejsce dla mnie jest, tylko nie spieszy mi się do niego, bo tam nie ma bata, że zarobię 3tys. A tutaj? Na czterobrygadówce jest to bardzo możliwe do osiągnięcia.
Ale, pomijając już wszystko... żeby nie było tak pięknie, to nadal nie chcę mi się iść dziś do pracy!
Swoją drogą, na popołudnie też chodzić nie lubię, bo cały dzień zmarnowany (od rana nic nie zrobisz, bo zaraz do pracy szykować się trzeba, a jak wrócisz, to jest 22.30 i raczej niczego nie załatwisz). Na rano to już w ogóle, bo wstawanie o 4.00 nie jest czymś, co Chasdija uwielbia.
Wygląda na to, że nie ma dobrego czasu na to, by odbębnić swoje 8h.
Tak czy inaczej, jest aktualnie godzina 18:52, więc czas zrobić sobie kawkę, włączyć radio, zapalić papieroska i skorzystać z ostatniej chwili błogiego weekendu :)

Pozdrawiam wszystkich.
Całuski i papa :)